Historia Hufca ZHP

Z I E L O N E    L A T A

czyli

MÓJ PIERWSZY OBÓZ HARCERSKI

JACKOWO 1947 rok

Jackowo.1946

Zwykło się uważać, że prawdziwym harcerzem staje się dopiero poprzez uczestnictwo w biwakach, złazach a w szczególności w letnich i zimowych obozach wypoczynkowych, gdzie z dala od miejsca zamieszkania i od zgiełku miejskiego, dokonuje się właściwa praca, a przede wszystkim poznawanie tajników życia harcerskiego. Tam dokonuje się to, co w skrócie zwykliśmy określać ukoronowaniem wszystkich w tym zakresie poczynań. W szczególności obozy, a zwłaszcza letnie, pozwalają przy wykorzystaniu harcerskiego systemu wychowawczego, najpełniej realizować te cele. Wypoczynkowe, są one po części tylko z nazwy, bo wypoczynku jest na nich niewiele. Za to czas jest zawsze wypełniony różnymi pożytecznymi i ciekawymi zajęciami; czy to nauką nad zdobywaniem kolejnych stopni harcerskich, czy też nasycony jest innymi równie interesującymi zajęciami, jak chociażby przygotowaniami i próbami zdobywania harcerskich sprawności. A i sam pobyt na takim obozie ma też coś w sobie z wielkiej przygody. Wszystkie daty uwidocznione w tym tekście, a dotyczące przebiegu tak poszczególnych zajęć jak i większych przedsięwzięć, podejmowanych przez drużynę czy hufiec, zaczerpnięte zostały bądź to książeczek służbowych, bądź też z innych dokumentów, które są w moim posiadaniu. Korzystałem też z wywiadów bezpośrednich, przeprowadzanych z osobami mającymi wiedzę w tym zakresie, bowiem kwerenda w archiwach, nie przyniosła spodziewanego rezultatu. W pracy tej starałem się odtwarzać wiernie fakty, eliminując przy okazji narosłe mity i przekłamania. Tak, więc, niejako automatycznie staje się ona swego rodzaju paradokumentem.

Wieś JACKOWO

Jackowo, to dzisiejszy Jarosławiec – wielki kurort, mieszczący dziś w sobie wiele ośrodków wypoczynkowych i leczniczych – podówczas niewielka, senna wioska rybacka i rolnicza. Zabudowań też było niewiele, a i te w większości z tzw. muru szachulcowego, kryte najczęściej trzciną bądź papą. Godnych uwagi, solidnych budowli murowanych było zaledwie kilka, a najważniejsze z nich to latarnia morska, majestatyczna budowla, górująca nad całym terenem. Z czasem stała się ona symbolem całej okolicy i znalazła również miejsce w herbie gminy postomińskiej. Drugi obiekt, to gościniec z wielka salą, służącą niegdyś restauratorowi za piwiarnię. W czasie wakacji w pierwszych latach po wojnie, w niedzielne poranki służyła jako kaplica, gdzie odprawiane były msze święte. Wieczorem zaś zamieniała się w salę taneczną i miejsce biesiadnych spotkań. W gościńcu tym, w późniejszym czasie stacjonował przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, niewielki oddział WOP, który ten obiekt znacznie rozbudował, stosownie do swoich potrzeb. Trzeci obiekt, to tzw. „bosmanówka” przy obecnej ulicy Parkowej, w której rezydował przez kilkanaście powojennych lat, w okresie urlopowym, główny architekt miasta Warszawy i jeden ze współautorów projektu warszawskiej Trasy W – Z, prof. inż. arch. Adolf Ciborowski. Ludzi też mieszkało tu niewielu. Byli to najczęściej rolnicy, gospodarujący na niewielkich obszarach gruntów, którzy łączyli pracę na roli z rybołówstwem. Stąd też przed ich domami najczęściej spotykało się widok sieci rybackich rozwieszonych na przeróżnych wieszakach, zapewne dla wysuszenia, czasami dla ich naprawy. Oprócz sieci były też jakieś skrzynie, wiosła, boje, a więc atrybuty rzemiosła rybackiego. Były one tylko potwierdzeniem tego, że w tych zabudowaniach ludzie zajmują się połowem ryb. Ta senna, zda się uśpiona wioska, tylko latem ożywiała się nieco, jakby budziła się z letargu, kiedy przyjeżdżali tu letnicy. Początkowo byli to tylko mieszkańcy Sławna, a później przybywało chętnych nadmorskiego wypoczynku i z dalej położonych miejscowości. Tak, więc Jackowo z roku na rok stawało się coraz atrakcyjniejsze i modniejsze. W początkowym okresie, jedynym środkiem komunikacji publicznej, łączącej Jackowo ze Sławnem i Darłowem były samochody powstającego dopiero, co, słupskiego przedsiębiorstwa PKS. Piszę samochody, bo w istocie nie były to autobusy, a samochody ciężarowe wycofane z wojska, studebakery, dodge, jeamsy, które miały już za sobą przejścia wojenne. Wozy te zostały tylko prowizorycznie przystosowane do przewożenia ludzi; a więc zamontowane zostały zadaszenia, bez których trudno by było sobie wyobrazić jazdę. Wejście doń, szczególnie dla ludzi starszych i kobiet, było nie lada sztuką, bo prowadziła do wnętrza drabina, na stałe przymocowana do burty. Po niej to należało wspiąć się na wysokość platformy tego pojazdu i przekroczyć jeszcze burtę, aby zająć miejsce w środku i usiąść na drewnianych, topornie wykonanych ławach. Podróż takim wehikułem nie należała do przyjemności, ale nie było wyboru, gdyż autobusy przedsiębiorstwo to zaczęło wprowadzać dopiero w latach pięćdziesiątych. Sama wioska, posiadała system ulic zwany potocznie okolnicą, gdyż jej ulice obiegały całą miejscowość, tworząc jakby okrąg. Ten układ komunikacji wewnętrznej cechuje miejscowości o najstarszym rodowodzie, do których niewątpliwie należy ta miejscowość, bowiem była znaną już w średniowieczu osadą. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości, zwanej Gartzhouede, pochodzą z 1460 roku.

Nawierzchnię ich stanowił bruk z kamienia polnego, czyli był to popularny bruk nazywany często „kocimi łbami”. Jedynie szosa, przebiegająca przez z rzadka zabudowaną część tej wsi posiadała nawierzchnię w części asfaltową, a w części betonową. Ta ostatnia, zwana betonówką, wiodła od skrzyżowania, położonego w pobliżu latarni morskiej w kierunku zachodnim przez las, ku wsi Wicie i Rusinowo. Właśnie w tym lesie, pomiędzy wydmą a ową betonówką, w odległości około 500 metrów od zabudowań, był zlokalizowany nasz obóz.

OBÓZ

Po sporej porcji wstępnych informacji, mogę przystąpić wreszcie do opisu obozu, w którym brałem udział wraz z moją drużyną, czyli 1- szą Sławieńską Drużyną Harcerzy im. Władysława Sikorskiego, na obozie letnim, od 3 do 31 lipca 1947 roku.

W poniedziałek, dnia 3 lipca w godzinach rannych, sprzed harcówki, przy ul. Sieńkiewicza 3 nastąpił wyjazd naszej drużyny na obóz do Jackowa. Załadowaliśmy się na samochód ciężarowy marki „studebaker”, należący do instytucji drogowej, zajmującej się na co dzień utrzymaniem dróg na terenie powiatu. To dzięki uprzejmości kierownika tej firmy, pana inż. Paśniewskiego, przedwojennego harcerza, mogliśmy nieodpłatnie być przetransportowani, i to w obie strony. Na miejscu zastaliśmy już obóz w pełni przygotowany do funkcjonowania. To zastęp Andrzeja Trzeszczkowskiego przygotował obozowisko gotowe do rozpoczęcia działalności. Jak przedstawiało się usytuowanie całego obozowiska? Otóż w rzadkim, starodrzewie sosnowym, na niewielkim wzgórku, rozstawione zostały półkoliście cztery namioty tzw. kanadyjki, mogące pomieścić 10 – 12 osób każdy. Namioty te jak i wiele innych jeszcze sprzętów, to dar jednego z pierwszych komendantów placówki WOP w Darłowie. Nazwisko tego oficera, również niegdysiejszego harcerza, uległo już niestety zapomnieniu. Tuż przy bramie wejściowej, po prawej stronie znalazł miejsce magazyn żywnościowy. Była to ziemianka głęboko wkopana w grunt. Znaczna głębokość była niezbędna dla utrzymaniu niskiej temperatury. W niej przechowywane były produkty żywnościowe jak: mąka, kasza, cukier, mleko w proszku, konserwy mięsne, oleje jadalne itp. Wszystko to pochodziło z darów amerykańskich, znanych powszechnie jako UNRRA. Również po tej samej stronie, tylko nieco dalej stał namiot, w którym mieściła się komenda obozu. W nim też kwaterowali komendant obozu Witold Róg i oboźny Jan Czapliński. W kolejności w drugim namiocie rozlokowany został zastęp Bogusława Kociłowicza, a więc zastęp, do którego ja miałem przydział. Następny, trzeci namiot zajmował zastęp Stefana Mikołajewskiego. Zaś ostatni, czwarty namiot, w którym rozlokował się zastęp starszoharcerski, którego czasowo zastępowym był Andrzej Trzeszczkowski. Dlaczego starszoharcerski? Ano, dlatego, że to był zastęp wywodzący się z gimnazjalnej drużyny im. Zawiszy Czarnego. Oni to, mając nieco większy staż harcerski, uzurpowali sobie jakby prawo do bycia ważniejszymi, z racji większego doświadczenia no i chyba…. tego stażu. My natomiast, dla dobra sprawy, oddawaliśmy im tę palmę pierwszeństwa, nie mając o to większych pretensji. Nominalnie tym zastępem kierował Jan Czapliński, ale teraz pełniąc funkcję oboźnego, przekazał ją Andrzejowi. Pomiędzy tymi ostatnimi namiotami, w powstałej luce, na tle brzozy, usytuowany był duży krzyż drewniany – wizerunek Męki Pańskiej. Codziennie, rano i wieczorem, podczas apeli śpiewaliśmy, zwróceni w stronę krzyża modlitwę harcerską. Kolejnym, ważnym elementem, bez którego obóz nie mógłby istnieć, był maszt z flagą państwową. Flaga ta, to niezwykle ważna rzecz w życiu obozu, podlegała z tej racji szczególnej ochronie. Wystarczy wspomnieć, że po apelu wieczornym i po capstrzyku, flaga była na czas ciszy nocnej opuszczona. Zadaniem warty, oprócz czuwania nad całością, było też czuwanie, aby przypadkiem nie została przez jakiś inny obóz przejęta. Inaczej mówiąc – skradziona. Istniała bowiem taka tradycja harcerska, że obóz, który utraci flagę, musi ją wykupić, a gdy nie dochodzi do ugody, obóz taki winien być zlikwidowany. Nie jest mi znany ani jeden przypadek, aby z tego powodu doszło do „zwinięcia” obozu. Natomiast wiem, że wykupienie się, kosztowało i to niekiedy bardzo drogo. Najczęściej jako przedmiot negocjacji w takich sprawach wchodziła żywność, bądź słodycze, czy owoce. W czasie trwania naszego obozu miało miejsce takie zdarzenie. Którejś nocy, kilku harcerzy z zastępu Andrzeja, wybrało się, właśnie w takim celu do obozu stacjonującego w lesie tuż w pobliżu zabudowań Jackowa. Był to obóz harcerek ze sławieńskiego gimnazjum; drużyna im. Emilii Platter. Wyprawa ta w pełni się powiodła. Na miejscu zastali cały obóz uśpiony jakby dotknięty pomorem, łącznie z wartą. Bez większego trudu, nieznany mi już uczestnik tej wyprawy, zdjął flagę z masztu i w cichości wszyscy wycofali się, przynosząc ją z tej wyprawy. Wkrótce rozpoczęły się rozmowy pomiędzy komendami obu obozów, w wyniku których „wzbogaciliśmy” się o kilka tabliczek unrowskiej czekolady. Po kilku dniach ponowiono próbę odwiedzin, z takim samym celem. Lecz tym razem wyprawa spaliła na panewce, po prostu się nie udała, bo harcerki nauczone smutnym doświadczeniem, na noc zdejmowały flagę i przechowywały w namiocie. Mało to honorowe, ale skuteczne! Aby dokończyć opis obozu, dodam, że dzięki pomysłowości Mietka Bąka, z zastępu „starszaków”, obóz nasz posiadał oświetlenie elektryczne całego placu. Prymitywne to było, ale funkcjonowało dobrze tyle, że nie należało nadużywać, gdyż źródłem prądu był akumulator. A ten wiadomo, szybko się wyczerpuje. Był to duży reflektor i jeszcze większy do niego akumulator. Wszystko to zostało zainstalowane na znacznej wysokości. Otóż, na trzech blisko siebie rosnących sosnach zbudowana została drewniana platforma i na niej znalazło miejsce to całe urządzenie. Wejście na tę platformę stanowiła drabina linowa. Całość obozu została okolona również linami i to grubymi, zapewne otrzymanymi od rybaków morskich, lub też otrzymanymi w darze od wojska. Kuchnia i stołówka zostały usytuowane w pewnym oddaleniu od pola namiotowego. Odległość ta nie była większa niż 40 – 50 metrów. Za takim rozwiązaniem przemawiał fakt przepływającego w tym miejscu, dość wartkiego strumyka, który stanowił dla nas źródło wody pitnej. Z tej wody korzystaliśmy również do mycia naczyń, kotłów, menażek, natomiast dla celów spożywczych była ona uzdatniana amerykańskimi, wojskowymi jakimiś pastylkami. Były one na tyle skuteczne, że nikt z nas z powodu infekcji czy zatrucia nie chorował. Jest to jeszcze jeden powód do chwalenia darów UNRRA. Wart zauważenia jest sposób czerpania wody z tego strumyka, bo istotnie zasługuje on na uwagę. Otóż została wykonana z desek o bokach kwadratowych skrzynka bez dna. Ona to postawiona została na tym cieku i stopniowo ze środka wybierana była ziemia. Skrzynka ta powoli opadała wraz z wydobywaniem urobku. Powstała w ten sposób dość głęboka studnia, na dnie której osadzona została warstwa drobnych kamyków, dla lepszego filtrowania oraz, aby naczynie służące do poboru wody nie miało styczności z mulistym gruntem. Kto to wykonał, naprawdę nie wiem, ale mogę domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że to Cześka Basy robota! Był on w drużynie znany właśnie z prac wchodzących w zakres szeroko rozumianej harcerskiej pionierki, taki, co to z niczego potrafi zrobić coś. On zbudował sobie kajak, który na obozie, nie z jego winy, był powodem pewnych kłopotów, o których będzie mowa dalej. O ile do kuchni i stołówki nie było daleko, o tyle do latryny trzeba było przespacerować się co najmniej 200 metrów. To oddalenie od miejsca przebywania ludzi było wymogiem postawionym przez służby sanitarne już w momencie uzgadniania lokalizacji terenu pod urządzenie obozu. Jest jeszcze jedna rzecz, którą nie mogę pominąć w tym opisie, to boisko. Tak się szczęśliwie składało, że w pobliżu była śródleśna łąka. Zapewne przez służby leśne utrzymywana jako paśnik dla zwierząt. Inaczej mówiąc, było to równe jak blat stołu pastwisko. Nam to służyło jako boisko do gry w piłkę nożną i siatkówkę. Amatorów tych sportów nie brakowało, toteż po miesięcznym naszym pobycie łąka ta, szczególnie pod bramkami, została doszczętnie zniszczona i do chyba końca sezonu letniego z pewnością nie odzyskała już stanu sprzed naszego tu przyjazdu. Ale to już nie było naszym zmartwieniem, bo posiadaliśmy zgodę leśniczego z Jackowa pana Zdzisława Karwackiego, który widać, po prostu nas lubił i na wiele pozwalał, że wspomnę chociażby nie do końca legalny wyrąb drzew na nasze potrzeby. Pan ten był częstym gościem w naszym obozie.

KOMENDANT OBOZU

Komendantem obozu był ćwik Witold Róg. Był on uczniem sławieńskiego gimnazjum, pełniąc na przełomie lat 1946/47 funkcję drużynowego w 1-szej SDH im. Zawiszy Czarnego. W trakcie reorganizacji drużyn miejskich, przeprowadzonej w początkach 1947 roku, dokonano połączenia 1 SDH z 2 SDH im. Bolesława Chrobrego, działającą przy sławieńskiej podstawówce, w jedną drużynę o nazwie 1 SDH im. Władysława Sikorskiego. Funkcję drużynowego nowo powstałej drużyny objął również Witold Róg. Dostąpił tego zaszczytu, bowiem był ze wszech miar harcerzem wybitnym, obdarzonym wieloma przymiotami, które wyróżniały go w naszym gronie. Takie cechy jego osobowości jak prawdomówność, sprawiedliwość, a przede wszystkim chęć działania, predestynowały go do tej funkcji. Podobną opinię o nim wyraził jego kolega ze szkolnej ławy Antoni Kujko-Wisterowicz w liście do mnie z dnia 15 stycznia 1999 r, pisząc m.in. „… był wzorowym druhem, przykładem dla innych – wspaniały organizator”. Ja ostatni raz widziałem się z nim w 1953 bądź 1954 roku na stacji kolejowej w Słupsku, gdzie w tłumie ludzi dostrzegł mnie i wówczas doszło z nim do ostatniej rozmowy. Co ciekawe! Nikt z naszej drużyny, już się z nim nie widział, kiedy ich o niego zapytywałem. Tak, więc: Witku, gdziekolwiek jesteś – odezwij się!

ŻYCIE OBOZOWE

Pierwszy apel wieczorny w dniu przyjazdu miał dość uroczysty i zarazem niecodzienny przebieg, bowiem został otwarty oficjalnym wystąpieniem, jakby takim expose komendanta obozu Witolda Roga. Już po pierwszych słowach można było odnieść wrażenie, że nie będzie taki sobie zwyczajny obóz, zorganizowany jedynie dla wypoczynku. Będzie to obóz, który ma przygotować nowe kadry, dla dynamicznie rozwijającego w tamtych czasach harcerstwa. Po tym przemówieniu nastąpiło odśpiewanie hymnu harcerskiego. Komunikaty i ogłoszenia wypełniły dalszą część apelu. W pierwszym rozkazie dziennym podana została, interesująca wielu z nas informacja, że dniu 18 lipca obędzie się bieg na stopień młodzika. Chętni do wzięcia udziału winni zgłosić swój akces do zastępowych. Ponieważ do tego, rzec by można, egzaminu z wiedzy o harcerstwie, należy się dobrze przygotować, dlatego wyznaczony został tak odległy termin. W międzyczasie będą organizowane próby na wiele sprawności. Gry, zabawy, ogniska – mówił komendant – to również ważny element pracy wychowawczej, które będą kontynuowane według tradycji harcerskiej. Na zakończenie apelu, na hasło „do modlitwy” wszyscy –zdjąwszy czapki – odśpiewaliśmy modlitwę harcerską. Apel ten powoli dobiegał końca. Jeszcze jedną, ceremonialną rzecz należało dopełnić, aby tradycji stało się zadość, mianowicie wysłuchania hejnału „Idzie noc” granym na fanfarze, najprawdopodobniej przez Janusza Konopkę. Zamiast słuchać w skupieniu, wszyscy, jakby na komendę zaczęli wtórować sygnaliście, śpiewając: „Idzie noc, słońce już, zeszło z pól zeszło z gór zeszło z mórz, w cichym śnie, spocznij już, Bóg jest tuż, Bóg jest tuż, Bóg jest tuż.” I tak niosła się po wieczornej rosie ta piękna melodia daleko w las, na pola i łąki. Było w tym coś wspaniałego, w tej niczym nie sterowanej spontaniczności. Wszystkich nas ona wprowadziła w taki nastrój, że pomimo późnej pory nikomu jeszcze długo spać się nie chciało. Tak się skończył pierwszy dzień na obozie w Jackowie.

NASZ NAMIOT

W naszym namiocie nie było ciasno. Było nas tylko dziewięciu: zastępowy – Bogusław Kociłowicz, a dalej; Bogusław Herman, Alfred Łuczko, Eugeniusz Maciejuk, Edwin Pliszka, Marek Wilk, Zbigniew Powojski, Wiesław Woyczal i ja. Przy tak małym zagęszczeniu było możliwe urządzenie miejsc leżących, czyli pryczy po jednej stronie, a po drugiej stronie umieszczenie tylko wieszaków na odzież i stojaków na plecaki. I jeszcze było sporo miejsca wokół masztu. Menażki, i manierki, które każdy z nas posiadał na indywidualnym wyposażeniu, wisiały przed namiotem na wieszakach, które wykonaliśmy z gałęzi drzew. Takie usytuowanie, przy niepełnym stanie zastępu sprawiał, że miejsca było dużo wewnątrz namiotu, a co z tym jest związane, była łatwość w utrzymaniu porządku. O porządek dbaliśmy wspólnie, to znaczy pełniliśmy w kolejności całodzienne dyżury.

PORZĄDEK DZIENNY

Cały tok zajęć w ciągu dnia regulował RAMOWY ROZKŁAD DNIA, który był wywieszony na tablicy ogłoszeń, przytwierdzonej do sosny stojącej tuż przy wejściu do namiotu komendy obozu. Według niego toczyło się nasze życie. W nim można było znaleźć wszystkie informacje, co do poszczególnych zajęć, a w szczególności takie informacje jak: tematyka i miejsce zajęć oraz nazwisko osoby prowadzącej. Na tej tablicy również były wywieszane rozkazy dzienne – bogate źródło dodatkowych informacji, takich jak: służba w kuchni, służba kurierska, propozycje biegów na sprawności, zaliczanie sprawności, pochwały no i oczywiście kary. Rozkład, mimo, że miał ramowy charakter, to jednak informował nie tylko o zajęciach, ale również, rzec by można, niejako detalicznie informował o godzinach posiłków, na które zgłaszaliśmy się zawsze punktualnie i w komplecie. Młody człowiek, przebywający stale na powietrzu, po znacznym wysiłku fizycznym odczuwał ciągły niedosyt jedzenia. Dziś wiemy, że ten jakby głód, nie był niczym innym jak tylko oznaką dobrego zdrowia. Szkoda, że właśnie wówczas nikt nie podejmował próby wytłumaczenia obozowiczom tego zjawiska, jako czegoś pozytywnego.

PRZYGOTOWYWANIE POSIŁKÓW

Ponieważ nasz obóz nie był zbyt licznym, bo było nas tylko nieco ponad trzydziestu, dlatego komenda nie zaangażowała zawodowej kucharki, a przygotowywaniem posiłków zajmowaliśmy się sami. To znaczy każdego dnia na apelu wieczornym w rozkazie na dzień następny były podawane nazwiska osób do pracy w kuchni. Za dobrą pracę w kuchni otrzymywało się sprawność kucharza. A że my chcieliśmy jak najwięcej „nałapać” tych sprawności, dlatego każdy chętnie podejmował się tej pracy. Oczywiście sprawność tę się otrzymywało, jeśli weryfikator dał pozytywną opinię. Zawsze przy apelu wieczornym, tych komunikatów oczekiwaliśmy najbardziej. Nie przypominam sobie, aby komukolwiek nie przyznano tej sprawności. Było też regułą, że zaraz po apelu biegło się do namiotu komendy z książeczką służbową, aby uzyskać wpis tej sprawności. Nadszedł wieczór 23 lipca. Podczas apelu, w rozkazie wymieniono nazwiska Genka Maciejuka i moje, wyznaczające nas na służbę w kuchni w dniu następnym. Na weryfikatora wyznaczony został Czesław Basa. Praca nasza rozpoczynała się o godz. 4-tej nad ranem pobraniem z magazynu produktów, które miały być użyte do przygotowania śniadania. Ustaliliśmy wspólnie, że menu śniadaniowe składać się będzie z zupy mlecznej, czyli po prostu zacierek i chleba oraz kawy zbożowej. Co miało być dodatkowo do chleba już nie pamiętam, ale z pewnością coś było. Nas też raczono w poprzednich dniach taką zupką, więc dlaczego mielibyśmy wysilać się na coś innego, coś co z pewnością przysporzyłoby więcej pracy. Ledwo uporaliśmy się ze śniadaniem, a już trzeba przystępować było przygotowania obiadu. Śniadanie przeszło nam gładko, ale gorzej z obiadem. Przecież to nie jest taka prosta rzecz ugotować kocioł zupy i taki sam kocioł ziemniaków. Właśnie od ziemniaków zaczęliśmy. Worek ziemniaków, może to było 40 kg, a może więcej i zaczęliśmy je obierać wrzucając obrane do kotła z wodą. Jak długo obieraliśmy, nie pamiętam, ale pewna część ciała już zabolała od siedzenie, gdy nagle wpadł do nas zaniepokojony Czesiek z nowiną, że w obozie zjawił się przedstawiciel Głównej Kwatery ZHP z Warszawy z zadaniem inspekcji obozu. Mówił podnieconym głosem, że otrzymał też od komendanta polecenie zajęcia się osobiście przygotowaniem obiadu. To oznaczało, że z roli kucharzy w jednej chwili stanęliśmy się zaledwie kuchcikami, takimi „przynieś, wynieś, pozamiataj”. To nas w pewnej chwili zasmuciło, bo nie wiadomo, czy zaliczą nam sprawność, ale też byliśmy radzi z faktu zdjęcia odpowiedzialności za przygotowanie obiadu. Czesiek przejęty swoją rolą, przejął w tym momencie ster władzy i mnie – tak z marszu – dał polecenie udania się do babci po warzywa. Babcia, to taka starsza pani, która mieszkała przy obecnej ul. Rybackiej (obecnie dom „Lutnik”). Żeby tam dojść, należało przejść prawie całą zabudowaną część wioski. Ona piekła nam też chleb z mąki dostarczonej przez nas. Od niej dostawaliśmy śmietanę, świeże masło, jaja, a i radą też służyła. Teraz wspólnie w ogrodzie wykopywaliśmy marchew, pietruszkę, nacięliśmy sporo potrzebnej zieleniny i cały worek tego „wszelakiego dobra”, załadowałem na wózek i przywiozłem do obozu. Na plecach nie dałbym rady tego przynieść. Tyle tego było. Gdy się zjawiłem w obozie, kuchnia już była pod pełną parą. Z magazynu wydano, na okoliczność gościny wysokiego rangą przedstawiciela szarży harcerskiej, podwójną, a może i potrójną porcję konserw, oczywiście made in UNRRA. Obiad składał się z zupy jarzynowej, konserwy mięsnej w potrawce z marchwi i ziemniaki. Wyżerka niesamowita, prawie taka sama jak domowa. Kolacja to już fraszka w stosunku do obiadu. Pewnie niejeden z nas chciałby, aby taka inspekcja trwała dłużej niż tylko jeden dzień, ale wtedy magazyn żywnościowy wnet by opustoszał. Niestety, ów gość dnia następnego rychło rano, jeszcze przed pobudką, opuścił nasz obóz udając się motorem, w tej samej sprawie do innego obozu. Nam natomiast zostawił dokument z wizytacji – RAPORT WIZYTACJI OBOZU. Treść jego została podana do wiadomości na apelu wieczornym. To nie był suchy raport. To była wprost laurka. Obóz został zaliczony do III –szej, czyli najwyższej grupy. Fakt ten przypomina w swoim liście z 1999 roku do mnie mój przyjaciel i dawny członek naszej drużyny Antoś Kujko – Wisterowicz pisząc m.in. „…ciekawym był obóz zorganizowany w następnym roku 1947. Komendantem obozu był Witold Róg. Obóz ten wizytowany przez wizytatora z Głównej Kwatery w Warszawie, otrzymał III lokatę w klasyfikacji ogólnopolskiej, w odniesieniu do wszystkich obozów (szkolących kadrę także). Aż trudno uwierzyć, że to wszystko było naszym udziałem, że wszyscy byliśmy autorami tego sukcesu. Zresztą po wielekroć jeszcze wracaliśmy do tego obozu we wspomnieniach, kiedy nadarzała się do tego okazja. Teraz należało już tylko czekać na apel wieczorny. Doczekaliśmy się. Usłyszeliśmy to, co chcieliśmy usłyszeć. Mamy zaliczoną sprawność kucharza!

BIEG NA STOPIEŃ MŁODZIKA

Tymczasem życie nasze biegło bardzo szybko naprzód, a każdy dzień, wypełniony był, bądź to pracą, czy nauką lub grą terenową albo też po prostu zabawą, przybliżając nas do 18 lipca, której to daty wszyscy wyczekiwaliśmy. W tym dniu ma się odbyć bieg na stopień młodzika. Chcieliśmy, aby to nastąpiło jak najwcześniej, bo już mieliśmy dość przygotowań i tych indywidualnych i tych w grupach. Właśnie takie grupki można było w tym czasie zaobserwować wszędzie; i w namiotach, a i poza nimi także. Gdzieś na wzgórku pod sosną, ćwiczą np. węzły. Kiedy jeden z linką w ręku próbuje wykonać jakiś supeł, czy to płaski czy też marynarski, lub tatrzański, to drugi go krytykuje i wyrywa z ręki linkę, aby pokazać, jego zdaniem, właściwy sposób wiązania. W innym miejscu, grupka chorągiewkami wymachuje, próbuje nadawać wiadomość semaforem. I tak ta praca przebiegała, która już nas naprawdę zmęczyła. Nadszedł wreszcie ten dzień. Już od rana w mundurach, 19 kandydatów gotowych do poddania się egzaminowi, w pełnym rynsztunku wyczekiwała na moment rozpoczęcia całej akcji. Gdzieś około 10-tej, po dłuższym oczekiwaniu, wreszcie ruszyła cała machina egzaminacyjna. W grupach dwuosobowych, co 20 minut wyruszaliśmy w trasę kierując się znakami patrolowymi, dochodziliśmy do punktu egzaminacyjnego. Tam należało zameldować przybycie, wyrażając gotowość do egzaminu. Ponieważ tych punktów egzaminacyjnych było cztery bądź pięć, dlatego meldowaliśmy; raz Genek, raz ja. Trudno po tylu latach wskazać, który z tych punktów był pierwszy, a który ostatni, ale w pamięci mojej zachowały się tylko niektóre nazwy tych punktów. Były to m.in. punkty, o wtedy dla mnie dziwnych nazwach: SAMARYTANKA – tutaj należało wykazać się wiedzą z zakresu pierwszej pomocy w nagłych wypadkach. Nadto należało wykonać nosze z dwóch bluz harcerskich. Podać przykład użycia chusty harcerskiej jako temblaka, usztywnienie kończyn przy złamaniach, opatrywanie ran, itp. PIONIERKA I TERENOZNAWSTWO – w tym punkcie należało wykazać się wiedzą z zakresu: budowy np. prowizorycznego mostu przez niewielki ciek wodny, budowa i zabezpieczenie ogniska w terenie, określenie stron świata za pomocą zegarka, itp. HISTORIA HARCERSTWA – tutaj należało się wykazać znajomością harcerstwa, w szerokim tego słowa znaczeniu od twórcy skautingu R. Baden – Powella i harcerstwa Małkowskiego, poprzez wiele zagadnień związanych z symboliką harcerstwa. ZNAKI PATROLOWE – znaki patrolowe (indiańskie), węzły oraz alfabety Morse’a i sygnalizacja semaforowa. Ponadto na tym stanowisko egzaminator wymagał od nas wyświadczenia pracy społecznie użytecznej. W tym przypadku wyznaczono każdemu z nas usunięcia z szosy piasku na odcinku 10 metrów. Piasek ten był naniesiony przez ulewne deszcze na szosę, który spływając osadzał się na jezdni. Utrudniał on jazdę pojazdom. Nanos ten mógł być nawet kilkuletni, bo było go rzeczywiście sporo. Tu nareszcie można było zdjąć plecaki, które zaczynały już naprawdę ciążyć i wziąwszy saperki w ręce każdy starał się jak najszybciej oczyścić swój odcinek. W ten sposób z odcinka drogi, około 200 metrów, w przeciągu kilku godzin został on usunięty, przez co droga stała przejezdna i bezpieczna. Była to też i nasza satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. Ale czy tylko satysfakcja? Otóż nie tylko. Za pracę tę, na konto obozu wpłynęła określona kwota pieniężna, którą firma drogowa ze Sławna, kierowana przez wspomnianego na wstępie inż. Paśniewskiego, postanowiła „wyekwiwalentować” naszą pracę. O tym fakcie dowiedzieliśmy się dopiero po kilku dniach z rozkazu podanego nam do wiadomości. A tymczasem, wróciwszy do obozu i po zameldowaniu oboźnemu swojego powrotu, nastała chwila odpoczynku. Był to, po znacznym wysiłku, nie tylko odpoczynek, ale jednocześnie czas na refleksję i przeżycie ponowne tego wszystkiego, co działo się w ostatnich kilku godzinach. Komentarzom nie było końca. Każdy miał coś do powiedzenia. W większości były to przechwałki, w których chcieliśmy, jeden przed drugim, pochwalić się, jak to dobrze nam poszło. I tym rozpamiętywaniem w oczekiwaniu na apel wieczorny, zeszła nam reszta dnia. Wyczekiwaliśmy apelu wieczornego, tak jak kania dżdżu, czyli z wielką niecierpliwością. Pragnęliśmy tylko jednego: potwierdzenia tego co nam wydawało się oczywistością, że być tak powinno, a jednak gdzieś w głębi duszy czaiło się trochę niepewności, że być może noga gdzieś się powinęła. Ale nie, wszystko odbyło się po naszej myśli! Nie wiem czy wszystkim zaliczono bieg, ale w naszym namiocie panowała pełna radość. Mogliśmy już przypiąć na mundurek upragniony krzyż harcerski. Ale tylko mogliśmy, bo tak się nie stało, gdyż komenda nie zaopatrzyła się wcześniej w nie. Radość byłaby jeszcze większa gdyby w czasie tego apelu każdy otrzymał krzyż z rąk komendanta. Ale akurat na ten moment należało jeszcze poczekać aż do zakończenia obozu. Przed biegiem na stopień młodzika były urządzane próby na sprawności, lecz były one organizowane w ograniczonym zakresie, aby nie kolidowało to z tokiem przygotowań, o których mowa wyżej. Wymienię tylko niektóre z nich w kolejności w jakiej posiadam wpisy w mojej książeczce służbowej: Leśny człowiek, Trzy pióra, Kucharz, Sobieradek obozowy, Miłośnik gier ruchomych, Pływak. Ponadto, odbywały się biegi na sprawności: Zdobnika, Pioniera, Pierwszej pomocy i in., w których ja nie uczestniczyłem. Każda ze zdobytych sprawności pozostawiała w pamięci jakiś ślad, jakiejś wspomnienie, które utkwiło w pamięci w sposób szczególny, że dziś, pomimo upływu tylu dziesiątków lat, wywołują jeszcze uczucia satysfakcji. Taką sprawnością w moim przypadku były „Trzy pióra”, chociaż i inne też. Zadanie, jakie stawia regulamin kandydatowi, to samotne przebywanie w lesie przez całą dobę. Powrót do obozu musi nastąpić w wyznaczonym czasie, z tolerancją jednej godziny, przy czym nie można posiadać zegarka, a kierując się wyłącznie wskazaniami wynikającymi z położenia słońca na niebie. Nie należy mieć ze sobą żadnych urządzeń, przyrządów, narzędzi, itp. za wyjątkiem finki i sznura harcerskiego. Żywić się wyłącznie tym, co dostarcza las. Dużą trudnością, której przedtem w ogóle nie brało się pod uwagę, to milczenie, któremu musiał się każdy poddać. Ten brak mowy i ta cisza stawały się z czasem bardzo dokuczliwe. Tutaj wyciszając się, trzeba było jednocześnie nastawić się na odbiór mowy lasu i słuchać tego, co on do nas mówi. Mowa lasu, to szum drzew i wiatru, trzepot ptasich skrzydeł, świergot ptactwa wysoko w gałęziach drzew, chrzęst łamanego chrustu pod nogami spłoszonej zwierzyny. Te dźwięki, w postaci wrażeń słuchowych docierały do naszych uszu i je właśnie należało sobie przyswoić i odpowiednio zinterpretować, bo taki jest sens między innymi zdobywania tej sprawności. Nie są to zbyt wygórowane wymagania, a jakże mądre i uczące młodych ludzi bytowania wśród przyrody oraz czerpania z niej nauki, będąc z nią cały czas w zgodzie. Sprawność ta budzi we mnie też i inną refleksję. Otóż każdy powracający z lasu uczestnik tej harcerskiej przygody, na pytanie komendanta czy oboźnego: „czy dobrze wypełniłeś postawione przed tobą zadanie”, musi udzielić odpowiedzi twierdzącej. Zdarzyło się tak, że kilku, z zastępu starszoharcerskiego, postanowiło obejść te przepisy i ułatwić sobie życie. Zamiast osobno, umówili się spotkać w określonym miejscu, aby wspólnie spędzić ten czas. Wybrali sobie opuszczone jeszcze wtedy lotnisko wojskowe w Wicku Morskim. Tam wsiedli do stojącego na skraju lasu i lotniska uszkodzonego, niemieckiego bombowca. Uszkodzeniem tym był przechył na jedną stronę tego samolotu skutkiem braku koła. Stał oparty jednym skrzydłem o ziemię. Weszli więc do środka i tam spędzili noc. Z wyprawy tej przynieśli sporo różnych części, które zdążyli stamtąd wymontować, jak; małe łożyska, elastyczne wałki napędowe do przeróżnych wskaźników i zegarów, mikroskopijne żaróweczki i coś tam jeszcze. Teraz na pytanie oboźnego o rzetelność wypełnionego zadania, nie mieli jednak odwagi odpowiedzieć „tak”, bo coś się w nich zawaliło. W tym miejscu wyznali całą prawdę. Oczywiście, próba ta nie został a uznana i musieli któregoś dnia ją ponowić. Gdyby dziś zapytać o to, co powodowało nimi, że w tym krytycznym momencie nie zawahali się wyznać prawdy. Myślę, że odpowiedź byłaby jedna; stał temu na przeszkodzie punkt 5-ty Prawa harcerskiego – „Harcerz mówi prawdę i dotrzymuje słowa”. Inaczej mówiąc: Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy.
HARCERSKIE MANEWRY
Którejś nocy zostaliśmy alarmem wyrwani ze snu i postawieni na zbiórce przed namiotami. Już zaczynało świtać, więc mogło to być między trzecią a może czwartą godziną nad ranem. Na wschodzie, nad lasem niebo zaczynało jaśnieć, wyraźnie budził się dzień, a my czekaliśmy na dalsze rozkazy. Po jakimś czasie Witold – komendant obozu, wyszedł do nas i przedstawił nam powód zbiórki o tak wczesnej porze. Idziemy – powiedział – na całodzienną wędrówkę, w celu poznania bliżej okolicy w której tu żyjemy. Zabieramy tylko z sobą menażki, łyżki, manierki z wodą oraz suchy prowiant na śniadanie. W obozie pozostał tylko oboźny, a my uformowani w dwójkową kolumnę marszową wyszliśmy z obozu w nieznany nam bliżej wtedy świat. Szliśmy lasem w kierunku Jackowa, który minęliśmy i znowu weszliśmy w las i tak doszliśmy do kanału łączącego jezioro Wicko z morzem. Ktoś już wcześniej widać forsował ten kanał, bo przez niego przerzucone były dwie duże sosny i po nich, jak po kładce przeszliśmy bez problemów, na drugą stronę. Dalej szliśmy lasem w tym samym kierunku, dochodząc do bitej drogi, która zaprowadziła nas wprost na lotnisko, zlokalizowane w bezpośredniej bliskości jeziora. Teraz wszyscy mogliśmy zobaczyć na własne oczy ten samolot, co był przyczyną kłopotów niektórych „starszaków”. Widzieliśmy też hangar, który wtedy wydał nam się taki ogromny. Weszliśmy do niego przez również wielkie drzwi, które były otwarte. Hangar był pusty. Trochę tam się walało różnych blach i żelastwa, a gdzieś na środku był ślad po ognisku. Pewnie ktoś tu obozował. Oddaliliśmy się nieco od lotniska, ale ciągle trzymając się brzegów jeziora, szliśmy w kierunku wioski Wicko, wówczas już w części zasiedlonej przez rolników. Jednakże nie doszliśmy do niej, tylko gdzieś w pobliżu zatrzymaliśmy się na popas. Wszyscy się rozsiedli, a służbowi wnet przystąpili do wydawania porcji chleba, masła, które przez cały ten czas było przechowywane w manierkach w zimnej wodzie i oczywiście porcje smakowitej kiełbasy. Śniadanie bardzo smakowało, ale – „czasu mało, a plan duży” – jak mówi popularne powiedzonko – więc bez zbędnej zwłoki szykowaliśmy się do dalszej drogi. Jednak tak zaraz nie było komendy do wymarszu, bo w gronie „starszeństwa” wywiązała się jakaś dyskusja. Otóż, ktoś wpadł na pomysł, aby nie obchodzić całego jeziora, a po prostu je przepłynąć i w ten sposób przedostać się na drugi brzeg, skracając poważnie drogę. Pomysł ten widać został zaakceptowany, bo wnet zostały wydane stosowne rozkazy. Jak ta przeprawa na drugi brzeg miała wyglądać? Mieliśmy zbudować dużą tratwę. Do tego celu posłużyć miały drewniane słupy, które co pewien czas mijaliśmy leżące na trasie naszego marszu. Przy nich też leżał i drut aluminiowy, który znakomicie nadawał się do powiązania tych słupów w jedną całość. Silniejsi poczęli znosić na swoich barkach te słupy w jedno miejsce, w pobliże wody. Poszły też w ruch toporki, tnące ów drut na kilkumetrowe kawałki, którym cała tratwa miała być powiązana. Robota szła dobrze i już oczami wyobraźni widzieliśmy się jako marynarzy słonych wód, żeglujących po bezkresnych wodach świata, gdy w pewnym momencie ukazał nam się rowerzysta, który już z daleka coś tam wykrzykiwał. Gdy się do nas zbliżył w dalszym ciągu był wzburzony, głośno wykrzykując nam, mieszając słowa cenzuralne z niecenzuralnymi. Z tego wszystkiego dało się w końcu zrozumieć jedno, że te słupy i ten drut, to materiał do budowy linii energetycznej do tej właśnie wioski, która była pozbawiona jeszcze wtedy elektryczności. W tym momencie zrobiło nam dziwnie, żeby nie powiedzieć głupio. Witold Róg zaczął przepraszać i oświadczył, że zaraz wszystkie słupy zostaną przeniesione tam skąd były wzięte. Ale on tego wszystkiego nie słuchał, dodając tylko na koniec: „ Idźta sobie w diabły”. Myśmy nie posłuchali jego i w diabły nie poszliśmy, ale szybko zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę, kontynuując zaplanowany marsz wokół jeziora. Tak idąc, każdy mimo woli w myślach rozpatrywał całą tę sprawę. Co by było, gdyby na środku jeziora wiązania belek puściły, lub gdyby właśnie te suche belki, po jakimś czasie by napęczniały i po prostu nabrawszy wody, zaczęłyby tonąć. Tego wariantu nikt nie brał pod uwagę w momencie podejmowanie tej – trzeba powiedzieć – fatalnej decyzji. Umieliśmy wprawdzie pływać, ale czy wszyscy i czy dostatecznie dobrze, aby pokonać dystans około jednego kilometra, czy nawet więcej. Po około trzech godzinach marszu osiągnęliśmy wieś Górsko, której zabudowania widać było z dala, na wzgórku po lewej naszej stronie. Nie wchodząc do tej wsi, szliśmy dalej trzymając się raczej bliżej brzegów jeziora, zmierzaliśmy wprost do Królewa. Następna wieś to Korlino, w której mieszkał harcerz z naszej drużyny, uczeń sławieńskiego gimnazjum Stefan Klich. Kilkaset metrów przed tą wsią, na łące, na skraju lasku, w pobliżu małej rzeczki, został wyznaczony drugi, tym razem dłuższy postój. Ponieważ zbliżała się pora obiadu, więc otrzymaliśmy zadanie, każdy z osobna ma przygotować dla siebie obiad. Tak jak na poprzednim postoju, tak i teraz służbowi przystąpili do pracy, wydając każdemu po porcji mięsa, po kilka ziemniaków i po jednej marchewce. Ziemniaki i marchew „załatwił” nam Stefan, który nie uczestniczył w naszym obozie, bo przecież musiał pomóc rodzicom w żniwach, lecz w odpowiednim momencie zjawił się wśród nas. Pobliska rzeczka, Klasztorna, dostarczyła nam wody, która po odkażeniu, nadawała się do spożycia. Teraz każdy rozpalił sobie ognisko i na kamieniach czy cegłach, co było pod ręką, stawiał na nich menażkę i próbował gotować. I tak zaczęło się to wielkie gotowanie. Wielkie, bo faktycznie, gdyby tak spojrzeć z daleka, to łąka ta upstrzona była ogniskami, jak wielkanocne ciasto rodzynkami, a przy nich w kłębach dymu krzątali się harcerze. Wszystko to przypominało bardziej tabor cygański na postoju gdzieś w plenerze niż harcerzy w czasie wycieczki. Po dobrej godzinie gotowania, kiedy ziemniaki zdążyły się rozgotować na miazgę, a mięso wciąż było twarde, dodaliśmy, do smaku, szczyptę soli, którą ktoś przezornie zabrał z sobą w drogę. Chyba jednak nie była to przezorność, ale ktoś z organizatorów, przewidując taką sytuację, zabrał ją ze sobą. Teraz można było przystąpić do jedzenia, z czym nie było kłopotów, bo każdy bardzo szybko się z tym uporał. Gdy już obiad mieliśmy z głowy i menażki wymyte, a teren wokół uprzątnięty, zgodnie zresztą z harcerskim hasłem: tu byli ludzie, nastała pora sjesty. Każdy z nas wyczekiwał takiego momentu wytchnienia, bo zmęczenie dawało się we znaki. Teraz wyciągnięci, leżeliśmy na trawie, zdjąwszy obuwie z uniesionymi w górę nogami – zgodnie z hasłem higiena marszu – każdy odpoczywał. Może po jakiejś godzinie, gdy oczy już się zaczynały kleić i nadchodził sen, to w tym właśnie czasie padła komenda: całość powstań, przygotowanie do wymarszu. Istotnie należało się śpieszyć, bo już zrobiło się późno, może była to czwarta albo piąta godzina, a przed nami jeszcze około 8 do 9 km drogi. Tym razem szliśmy szosą, a nie jak dotąd bezdrożami czy wertepami. Ruch na tej szosie był niewielki, tylko czasami mijała nas jakaś furmanka, albo rowerzysta przemknął, obok, dlatego szło się dość dobrze. Mijaliśmy po drodze wioski Naćmierz i Rusinowo. W Rusinowie droga skręcała na prawo i właśnie tą drogą, częściowo brukowaną kamieniem polnym szliśmy dalej. W pewnym momencie spostrzegliśmy, że droga ta przecinała się z dobrze nam znaną betonówkę, czyli jesteśmy blisko obozu. Ta kamienista droga usytuowano pośród pól, łąk i pastwisk, to dzisiaj piękna asfaltowa ulica, o dźwięcznej nazwie Letniskowa z chodnikami, a otoczenie zabudowane jest domami letniskowymi i stanowi integralną część tej wsi. My, zamiast przy końcu zejść z tej ulicy i iść dalej tą betonówką, to poszliśmy prosto do morza, bo tak nas poprowadził drużynowy. Tu chwilę postaliśmy przyglądając się na zachód słońca, jak ono kończąc całodzienną wędrówkę, coraz bardziej zanurzało się w morzu. Rzeczywiście widok to fascynujący, kiedy cały nieboskłon i woda toną w czerwieni, gdzie trudno jest dopatrzyć się linii horyzontu. Kiedy cały ten spektakl już się skończył, bo słońce już całkowicie zaszło, wówczas po komendzie naprzód marsz rozpoczęliśmy ostatni etap naszej wędrówki. Weszliśmy w coraz bardziej ciemniejący, przymorski pas lasu, by po pół godzinie marszu, znaleźć się wreszcie w obozie. Rano wyszliśmy stąd w kierunku wschodnim, a wróciliśmy od zachodu i tak zamknęło się koło tego wielkiego marszu i naszych zmagań z samym sobą, czasem i kilometrami. Ile to kilometrów? Dziś wiem, że to nieco więcej niż 25 km. Czy to dużo czy to mało? Myślę, że to bardzo dużo, jeśli zważyć, że byli wśród nas również harcerze dwunastoletni i że nie czyniliśmy przedtem żadnych ćwiczeń marszowych, mających na celu przygotowanie do tak wielkiego przedsięwzięcia. Przypuszczalnie komenda obozu traktowała jako przygotowania, nasze niedzielne marsze do kościoła parafialnego w Łącku. Teraz wróciwszy z tej wyprawy, każdy rzucił się na swoją pryczę. Nie pamiętam, czy była kolacja, czy myliśmy się przed spaniem, czy był apel wieczorny. Wiem jedno, że obudziłem się dnia następnego na pobudkę. Właśnie tego dnia, podczas apelu wieczornego było podsumowanie marszu. Ocena komendy wypadła dla nas bardzo korzystnie, a każdy jej uczestnik otrzymał sprawności trapera i kuchcika. To jakby osłodziło ten wielki wysiłek, a też i bardzo nas to ucieszyło, że trud został doceniony i oceniony. Po kilku dniach nikt już nie pamiętał zmęczenia, a w pamięci pozostała na całe życie wielka harcerska przygoda.

ŻYCIE SPORTOWE W WARUNKACH OBOZOWYCH

Sport na naszym obozie w zasadzie ograniczał się do gry w piłkę nożną, siatkówkę i boks. Jeśli zaliczyć do tego codzienną gimnastykę poranną, to te cztery dyscypliny dominowały. Piłką nożną zainteresowana była spora grupa z namiotów Andrzeja i Bogusława Kociłowicza. Prym wodzili w całej grupie, późniejsi zawodnicy klubu sportowego w mieście, właśnie wspomniani Andrzej Trzeszczkowski, Bogusław Kociłowicz i Czesław Wieliczko. Do nich najczęściej dołączali Czesław Basa, Jan Czapliński, Wiesław Stypuła i z naszego namiotu Alfred Łuczko, Bogdan Herman i Zbigniew Powojski. Zespół ten w różnych składach i konstelacjach rozgrywał mecze. W siatkówkę grali prawie ci sami, z tym, że dochodził do tego składu jeszcze Andrzej Niciejowski, późniejszy zawodnik ligowej drużyny HURAGAN – Wołomin, oraz czasami Robert Konopka. Boks, to domena kilku chłopców z namiotu Stefana Mikołajewskiego. Tym sportem interesowali się głównie; Leszek Pióro, Jerzy Gnacy, Zbigniew Bieniek, Janusz Stylo oraz inni, których po tylu latach trudno wymienić. Oni toczyli walki na zaimprowizowanym, na placu przed namiotami, ringu. Dwie pary rękawic były w częstym użyciu. Najczęściej to się działo po kolacji a przed apelem. Aż dziw, że sobie zębów nie powybijali, ale sińce to nosił niejeden. Oprócz tych dyscyplin, była jeszcze kula i sztanga do podnoszenia ciężarów. Sztangę stanowiły żelazne kółka od wózków transportowych, zwanych też czasami lorami. „Sztanga” ta, miała wielu zagorzałych zwolenników, bo jak mówili, „dla wyrobienia muskułów”. Właśnie wyrobieniem sobie muskułów, w tym czasie zainteresowany był każdy młody człowiek. Tym należy tłumaczyć zainteresowanie tym sportowym atrybutem. Dodam, że właśnie ta sama sztanga leżała, w tamtych latach, przed drzwiami wejściowymi do gimnazjum i stąd zabrana była na obóz. Podczas przerw w lekcjach, uczniowie często ustanawiali rekordy, aby udowodnić swoją wyższość jedni nad drugimi.

CHWILE GROZY

Pod koniec obozu, wszyscy przeżyliśmy niebywale groźną sytuację. Otóż na obóz został przywieziony kajak, którego właścicielem był Czesiek. Któregoś dnia, przy pięknej pogodzie, wybrali się dwaj nasi druhowie; Bogusław Kociłowicz, nasz zastępowy, znakomity wszechstronny sportowiec i Antoni Kujko, również wysportowany atleta, na krótką przybrzeżną przejażdżkę. Antoś do naszego obozu dołączył później, bo w tym czasie uczestniczył w kursie szybowcowym gdzieś w okolicach Lęborka. Chyba to było Strzebielino. Po zakończeniu kursu szybowcowego, już jako pilot, przyjechał do Jackowa i był z nami do końca. To on i Bogdan napędzili nam sporo strachu. Ale niech zabierze głos Antoś, bo opisał tę przygodę, w jednym z listów do mnie: „… inny fakt pamiętam b. dobrze, gdy z zastępowym Kociłowiczem wybraliśmy się kajakiem na spokojne morze. Trudno mi o ocenę odległości, ale było to na pewno dość daleko, morze zaczęło się zmieniać; ze spokojnego na niespokojne. Zaczęliśmy odwrót możliwie jak najszybciej, ale gdy fale uniemożliwiały nam powrót bezpośredni do brzegu, wówczas skośnie płynęliśmy i na szczęście dopiero w odległości 100 – 150 m od brzegu fala nakryła nas, że do brzegu za pomocą fal i naszych poczynań, wylądowaliśmy o ponad 2 km od Jackowa. Przyholowaliśmy kajak…”. My z brzegu obserwowaliśmy owe „poczynania”, które nie były niczym innym, jak walką o uratowanie życia. Ale na nieszczęście nic nie mogliśmy pomóc, tylko biernie się przyglądać ich zmaganiom z siłami natury. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. W dużej mierze zawdzięczają to samym sobie, bowiem to byli, jak się wyżej rzekło, wysportowani i ponad swój wiek silni. Po tym wydarzeniu, niebieski kajak, którego czub zdobiła złota lilijka, stał odtąd w cieniu drzew, bo nikt już nie miał szans otrzymać zgody na jego użycie.

KONIEC OBOZU

Czas biegł szybko. Ani się spostrzegliśmy, że trzeba pomyśleć o powrocie do domu. Zapewne każdy cieszył się, że koniec obozu jest już bliski, bo tęsknota za domem i bliskimi, zrobiła swoje. W tak młodym wieku, uczucie tęsknoty bywa niekiedy bardzo silne. Choć nikt się do tego nie przyznawał, jednak wyraźnie dało się wyczuć z prowadzonych rozmów, to zadowolenie, że nadchodzi czas powrotu do domu. Z rychłego powrotu cieszyłem się i ja, bo miałem już dość spania na pryczy wyścielonej słomą, które do wygodnych nie należy. Tak, więc między innymi zatęskniłem po prostu i za swoim łóżkiem. Nie wszyscy jednak opuszczali obóz. Pozostał na miejscu zastęp Andrzeja. Z pewnością jako kadra dla drugiego turnusu. Zresztą wszyscy byśmy się i tak nie zmieścili w jednym pojeździe. Jeszcze tylko było do przeprowadzenia kilka prób na sprawności i w dniu 31 lipca, około południa, przyjechał ten sam samochód, który nas tu przywiózł. Załadunek bagaży osobistych przebiegł sprawnie i można by było już jechać, gdyż namioty i całe wyposażenie pozostawało dla drugiego turnusu. Ale czekało nas jeszcze oficjalne pożegnanie. Stojąc tak w dwuszeregu na ostatniej zbiórce, słuchaliśmy słów komendanta Witolda, który dokonywał oceny naszego pobytu, podkreślając nasze zaangażowanie we wszystkich przedsięwzięciach, jakie podejmowane były przez komendę obozu. Wyraził uznanie z faktu, że 19 druhów uzyskało stopień młodzika, że przyznano ponad trzysta sprawności. Odniósł się również do niefortunnych decyzji, które i na tym obozie były podejmowane, oraz o niewyobrażalnych skutkach, jakie one mogły wywołać. Kończąc, wypowiedział dość ważne słowa, które zapadły głęboko w moją pamięć, że WSZYSTKO JEST DODRE, CO SIĘ DOBRZE KOŃCZY, które było puentą tego wystąpienia. Obóz nasz kończy się dobrze, a zatem dziękuję wam za ten czas, który razem spędziliśmy. Jeszcze na zakończenie odśpiewaliśmy Hymn harcerski i mogliśmy zająć miejsca na platformie samochodu. Samochód ruszył pośród okrzyków, radości i śpiewów. Początkowo jechał bardzo wolno po piaszczystym dukcie leśnym, a my musieliśmy się nisko kłaniać mijanym sosnom, świerkom, jakby w podzięce, za spędzony tu wspaniały czas. Tak więc drzewa same upomniały się o ten akt podzięki, bo nie jestem pewien, czy sami, z własnej woli zdobylibyśmy się na ten skromny gest. Gdybyśmy tego nie uczynili, to najniżej rosnące gałęzie drzew, chyba za karę, by nas zrzuciły z samochodu. Skoro tylko wyjechaliśmy na szosę, wtedy wraz ze zwiększającą się prędkością, nasze czapki znalazły się w niebezpieczeństwie, bo podmuch mógłby je z łatwością zerwać z głów. To nas przymusiło do zapięcia paska pod brodę, bo wszyscy chcieli patrzeć w kierunku jazdy wystawiając twarz na smagający wiatr. Odległość Jackowa od Sławna jest niewielka i po niecałej godzinie ujrzeliśmy już z oddali dobrze znaną nam panoramę naszego miasta. Z niej się wyróżniały jako najwyższe, charakterystyczne punkty; wieża starostwa powiatowego i wieże ciśnień wodociągów miejskich oraz na stacji kolejowej. Jednak najważniejszym akcentem w tej panoramie była masywna budowla spalonego kościoła, bez tej charakterystycznej strzelistej wieży, która w czasie pożaru spłonęła. Przez dwa lata zamieszkiwania w Sławnie, byliśmy już przyzwyczajeni do takiego widoku. Ale niebawem wszystko miało się zmienić na lepsze, bo przybyły latem tego roku ksiądz Stanisław Talarek, zapowiedział rozpoczęcie odbudowy tej świątyni. Po chwili już byliśmy na miejscu, to jest przed harcówką przy ulicy Sieńkiewicza. Tu nastąpiła chwila pożegnania się wszystkich ze wszystkimi, dziękując sobie wzajem za wspólnie przeżyty czas i z plecakami na plecach każdy kierował się do swojego domu. Po przekroczeniu progu i po powitaniach, byłem chwalony za piękną opaleniznę, ale gdy się wykąpałem, to ku mojemu zdziwieniu, stwierdziłem, że spora część po prostu zeszła. Skóra jakby stała się bledsza i już nie była tak wyrazista jak jeszcze przed kąpielom. To trochę zmartwiło, ale na pociechę pozostawała perspektywa jeszcze jednego miesiąca wakacji, to z pewnością będzie możliwość jeszcze się opalić. Wszakże myliśmy się i to co najmniej dwa razy dziennie, ale widać, że morska, zimna woda, to nie to samo co kąpiel w wannie w ciepłej wodzie. Teraz nastał wreszcie czas przypięcia do munduru krzyża harcerskiego i naszycia na prawym rękawie wszystkich sprawności, żeby można było – mówiąc młodzieżowym językiem – trochę „poszpanować”. Mundurek harcerski, w tamtym okresie, co było bardzo charakterystyczne, stanowił ubiór prawie na co dzień, a nie tylko od święta, czy z okazji zbiórki. W nim też często chodziliśmy do szkoły, dlatego każdy zabiegał, aby go możliwie najbardziej „ubogacić” we wszystkie zdobycze, jak właśnie owe sprawności czy plakietki wydane z okazji złazów bądź innych imprez. Mundurek ten miał jednak tę wadę, że uszyty był z zielonego drelichu, jedynie dostępnego do nabycia w tamtych latach materiału, który jednak na słońcu bardzo szybko podlegał wyblaknięciu. Toteż często widziało drużyny, czy zastępy regulaminowo umundurowane, gdzie obok mundurków o intensywnie zielonym kolorze widziało się właśnie te wypalone przez słońce, wypłowiałe. Ta „kolorystyka” trochę raziła. Ale w tym był i też pewien plus, że z miejsca dało się poznać „starego” harcerza od nowicjusza. Wart jest zauważenia jeszcze jeden, dość istotny szczegół, nie tyle związany z umundurowaniem, co raczej z pewnym rekwizytem, stanowiącym uzupełnienie stroju ówczesnego harcerza. Chociaż bardziej harcerki niż harcerza. Tym rekwizytem była laska. Otóż te popularne laski góralskie, jakie się przywoziło z wycieczek w Tatry, poddane były jeszcze pewnym zabiegom dekoracyjnym, poprzez nabicie na drzewcu kilku metalowych herbów miast oraz przytwierdzenie do tego drzewca niewielkich rozmiarów proporca. Na proporcu umieszczony był również herb miasta i oznaczenia drużyny bądź zastępu. Blaszane herby, których mowa wyżej, nabywało się w kioskach Ruchu, natomiast proporczyki, były dziełem samych harcerek. W takie laski zaopatrzone były sławieńskie Platterówki, czyli drużyna z miejscowego gimnazjum.

KU WSPOMNIENIU

Wspomnieniem tym oddaję hołd wszystkim moim Kolegom – Druhom, prawym harcerzom z 1-szej Sławieńskiej Drużyny Harcerzy im. Władysława Sikorskiego, którzy już odeszli do Wieczności i pełnią harcerską służbę w Zaświatach. Z nimi w owym czasie łączyło mnie, oprócz przyjaźni, wiele harcerskich, niezapomnianych zdarzeń. Dlatego obejmując serdeczną myślą, wywołują Was: Jerzy Caban, Krzysztof Dietrich, Ryszard Dietrich, Henryk Furman, Jerzy Górniak, Zbigniew Jost, Bogusław Kociłowicz, Kamil Kropaczek, Tadeusz Maciejuk, Lech Pióro, Robert Szanel, Zbigniew Troć, Andrzej Trzeszczkowski, Czesław Wieliczko, Marek Wilk, Józef Wolańczyk i Wiesław Woyczal – STAŃCIE DO APELU.

hm. Stanisław Poprawski
Przewodniczący Komisji Historycznej Hufca ZHP w Sławnie


Sławno, dn. 28.10.1999 r.

hm. Stanisław Poprawski
 

W blasku harcerskiej lilijki

 

Rzecz o organizacji i działalności drużyn harcerskich na terenie powiatu Sławno
w latach 1945-49

 
1. Wstęp
 
Mówić dziś o harcerstwie lat 1945-1949, to jakby mówić o czasach prehistorycznych. Sytuacja dla obu tych okresów wydaje się być podobna. Łączy je wspólna cecha, wyrażająca się brakiem ciągu historycznych zdarzeń, przekazów w formie opisowej. Wyróżnikiem jedynie jest to, że okres pierwotny archeolodzy potrafią opisać prawie bezbłędnie, na podstawie wykopalisk, znalezisk bądź też bezpośrednio opisać dzieje z profilów gruntu, nałożonych na siebie przez wieki warstw poszczególnych kultur. Opisy historiograficzne, dotyczące lat bezpośrednio po II wojnie światowej, szczególnie w odniesieniu do harcerstwa, są na tyle skąpe, że bez przesady można powiedzieć, że ich nie ma.
Jaka jest tego przyczyna? Czy zbyt mało uwagi poświęcili nasi poprzednicy temu zagadnieniu, czy też nieludzki stosunek niektórych osób do dokumentów w ogóle, a dotyczących harcerstwa w szczególności, zaważył na tym. A może po trosze jedno i drugie.
Jestem w posiadaniu pisma Chorągwi Zachodnio-Pomorskiej ZHP w Szczecinie z dnia 6 września 1949 r., Nr-1979/os/49, zobowiązującego Andrzeja Trzeszczkowskiego – ówczesnego komendanta hufca sławieńskiego do przekazania agend Komendy Hufca, pracownicy ZP ZMP w Sławnie – Krystynie Paradowskiej. Idąc śladem tej informacji otrzymałem od wymienionego wyżej hufcowego wyjaśnienie, z którego jednoznacznie wynika, że dokumenty te przekazał osobie wskazanej w piśmie. W tym miejscu kończy się sprawa, bowiem urywa się ślad tej dokumentacji. Być może zostały zniszczone lub też są gdzieś zdeponowane i czekają na ich odkrycie.
Istnieją natomiast szczątkowo dokumenty u osób prywatnych – dawnych harcerzy – w postaci różnych pism, zaświadczeń, notatek a nade wszystko w postaci książeczek służbowych. Te ostatnie stanowiły swego rodzaju dokument tożsamości harcerza, który ze względy na wpisy dot. np. daty składanych przyrzeczeń, uzyskanych stopni, zdobytych sprawności, itp., stanowić mogą istną kopalnię wiedzy o całokształcie życia harcerskiego i przebiegu służby. Gdy do tego jeszcze dodać zdjęcia fotograficzne, które potrafią w znakomity sposób odświeżyć ludzką pamięć, to sytuacja wydaje się być nie tak beznadziejna, jak pierwotnie sądziłem. Tak więc możliwe jest odtworzenie historii harcerstwa sławieńskiego. Dlatego właśnie podjąłem się tego zadania. Rzecz całą zacząłem od wystosowania apelu do znanych mi byłych harcerek i harcerzy w nadziei uzyskania interesujących mnie danych. Służyć temu miała opracowana w tym celu ankieta, która po wypełnieniu miała stanowić podstawowy bank danych. Na dzień dzisiejszy nie spłynęły jeszcze wszystkie odpowiedzi, ale te które otrzymałem dają już jakieś wyobrażenie o organizacji. Z tej też racji artykuł ten nie wyczerpuje wszystkich zagadnień, ponieważ brakuje w nim jeszcze wiele ogniw, w tym łańcuchu harcerskich zdarzeń. Dla przykładu podaję, że rozpoznałem w miarę dobrze zaledwie 9 drużyn z terenu powiatu, a przecież hufiec w 1949 roku liczył 15 drużyn męskich i trzy żeńskie. Jeśli przyjąć średnio stan drużyny 30-35 harcerzy, to daje to liczbę 540-580 harcerzy i harcerek. Jest to liczba zbliżona do podanej przez Stefana Żurawskiego w książce pt. „Dzieje Sławna”. Autor na stronie 341 pisze, że: „W 1947 harcerstwo na Ziemi Sławieńskiej liczyło już 303 członków, a w rok później 350, a w końcu 1949 roku – 550 członków”.
Cyfry te, w moim przekonaniu, oddają w pełni rzeczywisty stan ilościowy organizacji harcerskiej, bowiem w moich obliczeniach wychodzę na podobny wynik.
Można sobie w tym miejscu zdać pytanie, czy to jest dużo, czy to jest mało. Jak zatem na tym tle przedstawiał się w tym samym okresie 1949 roku stan ilościowy innych organizacji na terenie powiatu. I tak:
Związek Walki Młodych (ZMW) posiadał 1250 członków;
Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych (OM TUR) posiada 160 członków;
Związek Młodzieży Wiejskiej (ZMW) WICI – posiadał 212 członków;
Związek Młodzieży Demokratycznej (ZMD) – posiadał 67 członków.
Z powyższego wynika, że harcerstwo pod względem liczebności stanowiło drugą, liczącą się organizację młodzieżową w powiecie. Jeśli uwzględnić to, że w tym okresie dochodzi do otwierania wielu nowych szkół i placówek oświatowych – co sprzyjało rozwojowi harcerstwa – to organizacja ta miała realne szanse przejęcia prymatu w powiecie i w tej dziedzinie. Okolicznością sprzyjającą dynamicznemu rozwojowi harcerstwa były specyficzne, interesujące młodzież, metody pracy, które mówiąc najkrócej wyrażały się hasłem „praca przez zabawę”.
Ale tak się nie stało. Do zwielokrotnienia szeregów harcerskich nie doszło, gdyż już w 1947 roku zapadł, na najwyższym szczeblu władzy w naszym kraju, wyrok na ZHP.
Nad harcerstwem zawisły czarne chmury, chociaż my, szeregowi harcerze nie zdawaliśmy sobie z tego faktu sprawy. Przyjmowaliśmy szybko następujące po sobie, szczególnie komendantów na szczeblu chorągwi, jako rzeczy normalne, nie budzące żadnych wątpliwości, jako potrzebne i uzasadnione. Już od tego czasu notuje się obejmowanie władzy nad harcerstwem przez zupełnie nowych ludzi, którzy o specyfice harcerskiego życia praktycznie nie mieli żadnej wiedzy. Jeśli do tego dodać, że w grudniu 1948 roku na naradzie komendanci chorągwi, wśród których nie było już ludzi z lat poprzednich, uchwalają rezolucję: „… zrywamy ze wszystkimi pozostałościami wychowania skautowego i harcerskiego, które są odbiciem ustroju kapitalistycznego i chcemy naszą robotę wykonywać na zasadach wychowania socjalistycznego…” to tylko cud mógł ocalić od likwidacji. Cudu jednak nie było. Likwidacja przypieczętowana została na początku 1950 roku uchwałą prezydium Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – o przejęciu kierownictwa nad Związkiem Harcerstwa Polskiego.
Na tym też kończy się harcerstwo o ideologii Baden-Powellowskiej, a rozpoczyna nowy okres w życiu polskiego harcerstwa, w którym ulegają zmianie ideologia jak i symbolika, znaki i wszystko to, co dotychczas stanowiło harcerstwo.
Jerzy Miller, który po 1956 roku sprawuje funkcję komendanta Koszalińskiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego, napisze później w swojej pracy pt. „Rola organizacji młodzieżowych w zagospodarowaniu Ziem Zachodnich”, iż „… w szeregach ZHP znalazła się młodzież, której nie odpowiadały cele realizowane przez ideowo-polityczne związki młodzieży polskiej”.
Zdaniem autora tej myśli, harcerze pierwszego okresu po odzyskaniu wolności, to młodzież, której nie odpowiadały idee, jakie niosła ze sobą nowa rzeczywistość polityczna, to inaczej mówiąc, jeśli nie wrogowie, to przynajmniej element klasowo obcy. Dobrze jest znane hasło, robiące karierę w latach powojennych i funkcjonujące jeszcze w latach osiemdziesiątych, w czasach stanu wojennego: „kto nie jest za nami, ten jest przeciw nam”.
Czy naprawdę byliśmy wrogami własnej ojczyzny? Czy harcerze tamtych lat, to rzeczywiście ideowo i politycznie obca Polsce młodzież. To polityczna herezja, która już dawno powinna się znaleźć tam – gdzie jej miejsce – na politycznym śmietniku!
Przypatrzmy się zatem niektórym naszym druhom i druhnom z drużyn sławieńskich i darłowskich. Kim są obecnie, albo kim byli, gdyż wielu z nich już nie żyje. Czy rzeczywiście zasłużyli na pogardliwy przymiotnik „obcy”.
1. Janusz Konopka – zastępowy 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego, obecnie jest profesorem zwyczajnym w dziedzinie fizyki, członek PAN.
2. Robert Konopka – jego brat, był przybocznym tej drużyny, a później drużynowym 2 SDH im. Bolesława Chrobrego – obecnie jest również profesorem i wykładowcą jednej z wyższych uczelni.
3. Stanisław Kinelewski z 1 SDH, to obecnie pracownik naukowy, katedra leśnictwa w SGGW.
4. Barbara Kisiel-Trzeszczkowska z 1 ŻSDH im. Emilii Plater, to absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku, dziś profesor tej uczelni i wykładowca średniej szkoły muzycznej w tym mieście. Jest wychowawcą licznego zastępu młodych pianistów.
5. Anna Stylo – z tej samej drużyny, jest artystką, malarką i cenionym grafikiem. Ilustratorka licznych książek dla dzieci i młodzieży.
6. Gwidon Kożuch z DDM ZHP, był zastępowym w tej drużynie, to dziś ceniony lekarz, pracujący jeszcze obecnie m.in. w policyjnej przychodni lekarskiej w Darłowie.
7. Henryk Kuryj z tej samej drużyny do niedawna szef kapitanatu portu w Kołobrzegu.
8. Tadeusz Galik z 1 SDH, był w latach siedemdziesiątych wysokim urzędnikiem państwowym i działaczem politycznym. Przez szereg lat pełnił funkcję wice wojewody koszalińskiego.
9. Czesław Basa z 1 SDH, obecnie pułkownik WP w Stanie spoczynku. Do niedawna piastował odpowiedzialne stanowisko w jednej z jednostek WP we Wrocławiu.
10. Jan Czapliński, Wiesław Stypuła, Andrzej Trzeszczkowski, Wiesław Woyczal, Marek Wilk, Krzysztof Dietrych, Robert Szanel, Stefan Mikołajewski, Leszek Pióro, to tylko niektórzy spośród licznego grona inżynierów różnych branż i specjalności, pracujących w ministerstwach i urzędach centralnych, instytucjach naukowych i pracowniach specjalistycznych w wielu polskich miastach.
Można by jeszcze wymienić wiele nazwisk zarówno nauczycieli, inżynierów, dyrektorów różnych przedsiębiorstw państwowych i prywatnych jak chociażby Zbigniewa Trocia czy Jerzego Cabana. Poprzestanę na tych przykładach uznając, że są w pełni reprezentatywne i na tyle przekonywujące, aby oskarżenie o obojętności i letniości harcerskich serc na sprawy Polski, móc skutecznie odeprzeć.
Informacja ta byłaby niepełna, gdybym do tego panteonu nie dodał jeszcze osoby Bogdana Chruślińskiego. Świadomie pominąłem tę postać we wstępnej części, aby teraz poświęcić nieco więcej miejsca, dla podkreślenia roli, jaką odegrał w całym procesie tworzenia struktur harcerskich w powiecie Sławno.
Bogdan Chruśliński urodził się w dniu 17 maja 1926 r. w Żyrardowie. Do harcerstwa wstąpił w dniu 15 września 1938 r., zaś przyrzeczenie złożył w dniu 20 sierpnia 1939 roku. Stopień harcerza orlego zdobywa 20 września 1945 r. A więc w wieku 19 lat uzyskuje ten wysoki stopień harcerskiego wtajemniczenia, co świadczy o sporym doświadczeniu w radzeniu sobie ze sprawami nie tylko swoich podwalnych, ale w radzeniu sobie z całym szeregiem skomplikowanych spraw, wynikających z tworzenia od podstaw zrębów harcerskiego życia.
Po przyjeździe do Sławna w 1945 r. z miejsca przystępuje do tworzenia organizacji harcerskiej. Mimo, że nie posiadał jeszcze w tym czasie nominacji na komendanta hufca, to jednak funkcje tę w istocie swojej pełnił. A więc nie posiadając jeszcze wtedy praw hufcowego, nawiązuje kontakt z kierownictwami nowopowstających szkół, zachęcając nauczycieli – dawnych harcerzy – do włączenia się w nurt pracy harcerskiej. Jeździ po terenie czym się da, najczęściej jednak rowerem, a nierzadko i pieszo, wobec braku środków masowej komunikacji. Jest wszędzie tam, gdzie to jest możliwe i potrzebne, aby nieść pomoc i wsparcie oddalonym od ośrodków miejskich drużynom.
Komendantem hufca zostaje oficjalnie w dniu 15 kwietnia 1946 roku, na podstawie rozkazu Nr R.N.H.L 5/46 komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP z siedzibą w Oliwie. Rozkazem tym uzyskuje prawne umocowanie do prowadzonej przez siebie działalności, co pozwala śmielej niż dotychczas występować do czynników oficjalnych w gminach, powiecie i województwie.
Już w czasie lata roku 1946 organizuje pierwszy obóz harcerski w Jackowie (obecnie Jarosławiec), będąc jego komendantem. W następnych latach, bądź to organizuje osobiście, bądź też współuczestniczy w organizacji obozów w Jackowie i Niechorzu. Organizuje szkolenia kadry instruktorskiej, inicjuje w drużynach biegi na stopnie i sprawności harcerskie. Czyni starania o zaopatrzenie w sprzęt, umundurowanie, a nade wszystko w żywność na obozy, której w tym czasie odczuwa się brak w sposób dotkliwy. Przy tej szczupłości informacji, jakie mam do dyspozycji, starałem się ukazać sylwetkę komendanta hufca na tle realiów tamtych czasów. Wyrażam przy tym pogląd, że hm. Bogdan Chruśliński, w czasie służby na tym stanowisku, dobrze przysłużył się organizacji harcerskiej.
Aby nie powstało wrażenie, że przez cały czas trwania Polski Ludowej nic innego nie czyniono, tylko niszczono harcerstwo, pragnę w tej sprawie wyjaśnić co następuje. Był czas niszczenie harcerstwa i bezlitosnej z nim walki, to prawda, ale był też i czas, w którym na powrót mogły odżywać i zaistnieć, choć w ograniczonym zakresie, znaki harcerskie, symbolika i zwyczaje harcerskie, czym nawiązywać można było – wprawdzie jeszcze nie śmiało – do tradycji harcerskiej i tych wszystkich elementów harcerskiego obyczaju. W tym też miejscu należy wspomnieć, że powołana do życia po 1956 roku Komenda Hufca w Sławnie, a w szczególności komendant Paweł Blum, który wytworzył taki klimat, że stał się możliwy powrót dawnych harcerzy, działaczy harcerskich i instruktorów do czynnego uczestnictwa w życiu organizacji. To właśnie tej sprzyjającej atmosferze należy zawdzięczać, że powrócił do służby przedwojenny harcerz hm. Jan Folwarczyk. Powrócił również Henryk Furman – harcerz z 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego. Powróciłem też i ja, obejmując funkcję drużynowego 17 DH im. Tadeusza Kościuszki. Komenda Hufca powierzyła mi jednocześnie pełnienie funkcji kapelmistrza chorągwianej orkiestry dętej ZHP, która działała w Sławnie na przestrzeni lat 1958-1963.

2. Formowanie się struktur organizacyjnych hufca
 
Przystępując do omawiania stanu organizacyjnego hufca należy na wstępie poczynić uwagę, że został on powołany do życia w sposób oficjalny – co już wcześniej zostało powiedziane – stosunkowo późno, bo dopiero w dniu 15 kwietnia 1946 roku. Stało się to na mocy rozkazu komendanta Gdańskiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego z siedzibą w Oliwie. Rozkazem tym upoważniony został h.o. Bogdan Chruśliński – mieszkaniec Sławna – do tworzenia struktur harcerskich na obszarze powiatu Sławno. Jednocześnie na stałą siedzibę komendy hufca wyznaczono miasto Sławno, stanowiące w tym czasie również siedzibę władz administracyjnych powiatu. Biurem komendy było mieszkanie prywatne komendanta, położone przy ul. Gdańskiej 8 (d. Armii Czerwonej).
Wyjaśnić w tym miejscu należy przyczynę wydania rozkazu przez komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP, a nie Zachodnio-Pomorskiej Chorągwi w Szczecinie.
Otóż prze jakiś czas na przełomie lat 1945 i 1946 powiat nasz należał do województwa gdańskiego, ponieważ skomplikowała się w tym czasie sytuacja w samym Szczecinie, w związku z roszczeniem strony niemieckiej prawa do lewobrzeżnej części miasta. Podstawę roszczeń stanowił układ graniczny zawarty na konferencji poczdamskiej w sierpniu 1945 roku. W tej to części, która praktycznie była potężnym zespołem dzielnic, w których funkcjonowały wszystkie urzędy, zakłady przemysłowe, gdzie też mieściła się cała infrastruktura techniczna jak gazownie, elektrownie, wodociągi itp., bez których prawobrzeżna część nie mogła funkcjonować, miała według tego układu przypaść Niemcom. Skarga Polski w tej sprawie została rozstrzygnięta – jak wiemy z historii – na naszą korzyść. Powstałe w międzyczasie komplikacje oraz niepewność losów miasta sprawiły, że władze polskie zmuszone były zarządzić ewakuację zainstalowanych tam już wielu polskich urzędów, w inne rejony kraju. Spowodowało to ten skutek, że w przeciągu niespełna półtora roku powiat nasz przechodził trzykrotną zmianę przynależności do województwa. Po wyjaśnieniu się tej kwestii, sprawy wchodzące w zakres administrowania harcerstwem, załatwiała odtąd Zachodnio-Pomorska Chorągiew ZHP w Szczecinie.
To, że komendę hufca powołano dopiero w kwietniu 1946 r. w niczym nie przeszkadzało we wcześniejszym powstawaniu w terenie drużyn. Kilka z nich bowiem powstało jeszcze w 1945 r., dzięki temu, że organizatorami ich byli nauczyciele, którzy niekiedy w momencie otwierania szkół, zawiązywali równocześnie drużyny harcerskie, nie czekając na żadne odgórne wytyczne.
Należy zauważyć, że na Ziemiach Zachodnich i Północnych początki były znacznie trudniejsze niż gdziekolwiek indziej w głębi kraju, ponieważ to w sposób dotkliwszy odczuwany był brak ludzi przygotowanych do pełnienia funkcji kierowniczych.
Harcerstwo nie było pod tym względem jakimś wyjątkiem. Te same problemy trapiły harcerstwo co i władze odpowiedzialne np. za zorganizowanie sprawnego aparatu administracji państwowej czy samorządowej. Skąd wziąć przygotowane kadry zdolne udźwignąć ten ciężar. W pracy na niwie harcerskiej to zapotrzebowanie na kadry było tym większe, że tu chodziło o kształtowanie prawidłowych cech osobowych młodych ludzi, których charaktery, skutkiem długotrwałej wojny uległy w pewnej części deprawacji. W pierwszym szeregu tej pracy w harcerstwie stali drużynowi i w związku z tym na nich spoczywała największa odpowiedzialność za powodzenie całej akcji.
Samo utworzenie komendy hufca, jakkolwiek stanowiło dobry krok postawiony we właściwym kierunku, to jeszcze nie przesądzało w sposób zasadniczy o powodzeniu całego przedsięwzięcia. O wszystkim dopiero mieli zadecydować właśnie ludzie.
Najodpowiedniejszymi ludźmi do sprostania tym zadaniom mieli okazać się nauczyciele. Również i przed wojną z tej grupy zawodowej wywodziło się najwięcej instruktorów harcerskich. Stąd i teraz pilnie oczekiwano pomocy właśnie od tej grupy ludzi.
W tym miejscu należy wspomnieć o nauczycielu Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Sławnie – Tadeuszu Łaszczu, który w dopiero co otwartej szkole, doprowadził we wrześniu 1945 roku do zorganizowania dwóch drużyn harcerskich. Pierwszą z nich była drużyna męska, która przybiera sobie za patrona Zawiszę Czarnego. Druga to już żeńska drużyna. Patronką tej drużyny zostaje obrana Emilia Plater. Zrazu obie drużyny były o niepełnych stanach osobowych, gdyż np. 8 września 1945 roku, tj. w dniu otwarcia tej szkoły, było zaledwie 14 uczniów. Dosłownie z każdym dniem przybywało uczniów, a co się z tym wiąże i członków obu tych drużyn. Z końcem roku 1945, drużyny te skupiały w swoich szeregach z górą 70 harcerek i harcerzy. W tym miejscu należy sprostować błędną informację w zacytowanej już książce „Dzieje Sławna”, w której autor wymienia obie te drużyny, lecz nazwę męskiej podał niewłaściwie. Mianowicie wpisał imię Tadeusza Kościuszki, a przecież była to drużyna im. Zawiszy Czarnego. Uznać to należy za drobną i oczywistą pomyłkę. Dodam tylko tyle, że żadna z drużyn sławieńskich w tamtym okresie nie nosiła imienia tego wielkiego polskiego bohatera narodowego. A szkoda!
W tymże 1945 roku, w miesiącach wczesnojesiennych dochodzi w Darłowie do powstania drużyny harcerskiej o specjalności morskiej. Organizatorem jej był przedwojenny harcerz Kalinowski. Drużyna ta, oprócz zagadnień typowo harcerskich, czynnie uczestniczy w tym, co kryje się pod ogólną nazwą „popularyzacja wśród młodzieży zagadnień morskich i wychowania morskiego”. Realizując to hasło prowadzi w zastępach szkolenie żeglarskie na sprawność sternika. Drużynie tej burmistrz miasta Jan Dulewicz przekazuje duży obiekt przy ul. Tkackiej 1, w tzw. zabezpieczenie, aby uchronić budynek przed dewastacją i szabrownictwem, które były zmorą tamtego okresu. Harcerze wywiązywali się z tego zadania w sposób celujący. Dziś w tym obiekcie mieści się jedna z darłowskich szkół podstawowych.
„Ilekroć przechodzę koło tej szkoły – powiedział mi czas jakiś temu doktor Gwidon Kożuch – zawsze doznaję dziwnego uczucia, które pozwala mi być dumnym z faktu, że dzięki mojej drużynie budynek ocalał i służy młodemu pokoleniu”.
W styczniu 1946 roku, przy jedynej jeszcze wtedy w Sławnie szkole powszechnej (obecnie Szkoła Podstawowa nr 2), powstaje drużyna harcerska, której założycielem jest również wspomniany wyżej Tadeusz Łaszcz, który w tej drużynie pełnił funkcję drużynowego. Tak więc będąc kierownikiem szkoły i drużynowym w jednej osobie, godził jednocześnie tę funkcję z funkcją nauczyciela w gimnazjum, będąc przy tym opiekunem założonej przez siebie tam drużyny. Drużynie tej zostaje nadane imię Bolesława Chrobrego. Jest to liczna drużyna, składająca się z czterech dziesięcioosobowych zastępów, co z zastępowymi, przybocznym i drużynowym wyrażało się liczbą znacznie przekraczającą 40 harcerzy.
W początkowym okresie – jak pamiętam – oprócz zabaw i gier terenowych, zdobywaliśmy wiedzę ogólnoharcerską, niezbędną do zaliczenia egzaminu na stopień młodzika. W terminologii harcerskiej, egzamin ten, jak zresztą wszystkie inne sprawdziany, nazywany był próbą. Tak więc próba na ten stopień miała być przeprowadzona jeszcze jesienią 1946 roku. Jednak w terminie tym do niej nie doszło. W takiej sytuacji drużynowy wyznaczył nowy cel – przyrzeczenie harcerskie. Mieliśmy złożyć przyrzeczenie, do którego i teraz należało się solidnie przygotować, tak indywidualnie jaki i zbiorowo. Uroczystość przyrzeczenia była dużym wydarzeniem dla całego harcerstwa sławieńskiego. Nadszedł wreszcie dzień 29 maja 1947 r. Wieczorem tego dnia, na polance w lasku komunalnym, opodal wiekowego dębu, przy ognisku, składaliśmy przyrzeczenie na proporzec hufca (który pełnił rolę sztandaru). Przyrzeczenie przyjmował członek Komendy Chorągwi w Szczecinie phm. Antoni Błaszczak. Program artystyczny, uświetniający tę uroczystość prezentowały wszystkie sławieńskie drużyny. Składał się on głównie z recytacji, krótkich skeczy, no i oczywiście śpiewów, ze sztandarową piosenką harcerską „Płonie ognisko i szumią knieje” – na czele.

    Nieco później, ale jeszcze w 1946 roku, zawiązuje się w tej szkole drużyna żeńska. Jej historia nie jest mi bliżej znana. Znam pewne szczegóły, ale nie mając pewności co do ich prawdziwości, tak co do osób jak i działalności, poprzestanę jedynie na tej skromnej informacji. Prowadzę w tej sprawie korespondencję z jej członkiniami, ale do obecnej chwili nie udało mi się uzyskać istotniejszych informacji.
Również w roku 1946 powstaje w Darłowie drugą drużyna. Tym razem jest o koedukacyjna drużyna, grupująca młodzież męską i żeńską z Państwowego Gimnazjum i Liceum Handlowego. Drużynowym jest Eugeniusz Strużyński. Również i losy tej drużyny nie są mi jeszcze dokładnie znane, dlatego tylko krótka o niej wzmianka. Jestem w posiadaniu kilku zdjęć drużyny i one będą moim przewodnikiem w rozmowach z osobami tam uwiecznionymi.
Kolejną drużyną powstałą tego roku, jest drużyna przy Szkole Podstawowej w Starym Sławnie (obecnie Sławsko). Założycielem był kierownik szkoły, Edmund Plank. Drużynowym został mianowany Zenon Klich – uczeń gimnazjum w Sławnie, który będąc członkiem drużyny Zawiszy Czarnego, był funkcyjnym w tej drużynie. Przybocznym był Jerzy Rudenko. Była to dwuzastępowa drużyna, która – jak obecnie wspomina jej przyboczny – większych sukcesów, poza zbiórkami, uroczystym ogniskiem z okazji przyrzeczenia i kilkoma próbami na sprawności – nie posiadała. Jerzy Rudenko jest skromny w swoich wypowiedziach, gdyż nie wspomina nic o próbie na pierwszy stopień – młodzika. Żeby dobrze przygotować się do tej próby należało przecież nauczyć sie sporo, np. opanować samarytankę, traperkę, znać dobrze historię skautingu i harcerstwa. Gdy do tego jeszcze dodać znajomość topografii, sygnalizacji alfabetem Morse’a i coś tam jeszcze, to ten rzekomy brak sukcesu wydaje mi się być ogromnym sukcesem.
W tymże 1946 roku powstają jeszcze dwie dalsze drużyny, a mianowicie: we Wrześnicy i Starej Warszawie (Warszkowo). Założycielami tej pierwszej drużyny byli: Robert i Wiesław Szenelowie i Tadeusz Gajewski – wszyscy mieszkańcy tej wsi. Drużynowym został Robert Szanel, uczeń sławieńskiego gimnazjum, który był też „Zawiszakiem”.
Nietypowa była to drużyna, gdyż różniła się od innych tym, że skupiała w swych szeregach harcerzy trzech bezpośrednio ze sobą graniczących wsi: Wrześnica, Pałówko i Nosalin. Ta nietypowość wyrażała się m.in. i tym, że w każdej wsi funkcjonował mały oddział zwany plutonem, składający się z 3 do 4 zastępów.
Warty odnotowania jest też fakt, że drużyna ta nie powstała przy ani z inicjatywy czy też bezpośrednio kierownika szkoły, lecz jakby poza nią. Drużyna przybiera sobie za patrona prezydenta miasta Warszawy – Stefana Starzyńskiego.
Jej rozwojem i działalnością, spośród czynników miejscowych, w największym stopniu interesował się i wspomagał w miarę możliwości – wójt Gminy Wrześnica Jankowiak.
W trakcie zbierania materiałów ustaliłem, że oprócz zagadnień typowo harcerskich, drużyna zajmowała się również wystawianiem przedstawień teatralnych. Pomocą reżyserską i przygotowaniem kostiumów i dekoracji służyli państwo Dykutowscy i Szymurowie. Widowiska te prezentowane były w pobliskich miejscowościach, wszędzie wzbudzając wielkie zainteresowanie. Harcerze też byli inicjatorami wystawienia (jeszcze w 1946 roku) krzyża przydrożnego, który z pomocą społeczeństwa został wykonany i uroczyście poświęcony przez ks. Jęczkiewicza. Jak mi powiedział Zbigniew Szanel, b. członek tej drużyny, zarówno umundurowanie jak i wyposażenie harcerzy było bardzo zróżnicowane i bardzo złe. Mundurki typowo harcerskie rzadko kto posiadał. Przeważały więc ubrania cywilne, które starano się poprzez dodanie pasa głównego, furażerki lub w najlepszym razie jakiejś sfatygowanej rogatywki, stworzyć pozór umundurowania. Często też do pasa, zamiast finki, przypinano długie wojskowe bagnety, o które w tamtych latach było najłatwiej. Tak wyekwipowana drużyna maszerowała przez najbliższe wioski, wszędzie wzbudzając sensację z tej przyczyny, że bardziej przypominała oddział partyzancki, gdzieś z lasów kielecczyzny niż drużynę harcerską. Ten stan trwał jednak niedługo, gdyż już w dniu 3-go maja 1947 widzimy tę drużynę regulaminowo umundurowaną.
Założycielem drużyny w Starej Warszawie był Leon Wielkopolan – nauczyciel w miejscowej szkole powszechnej. Jaki był stan organizacyjny tej drużyny, ilu i kto do niej należał, jakim sprzętem dysponowali i wiele jeszcze szczegółów, mam nadzieję poznać w najbliższym czasie. Sam na razie nie wiem w jaki sposób mogę je zdobyć, ale liczę na nadzwyczajny przypadek.
Praca z drużynami wiejskimi, w porównaniu do drużyn miejskich, była bardzo ciężka. Tutaj o sukces było trudno, wymagało wiele pracy i wyrzeczeń. Harcerze należący do tych drużyn nie mieli wiele czasu dla siebie. Musieli pomagać swoim rodzicom w gospodarstwach. W miesiącach jesienno-zimowych na powietrzu niewiele można zdziałać, stąd też pozostawały praktycznie tylko niedziele. Dlatego za sukces należy uważać, każdą ciekawą zbiórkę, każdą przeprowadzoną próbę na stopień bądź sprawność. Natomiast dużym sukcesem było posiadanie przez cały stan osobowy drużyny w miarę kompletnego umundurowania. Z tym było w tamtych latach najtrudniej. W sklepach gotowych mundurków nie było, a zatem pozostawało szycie. Zielony drelich od czasu do czasu można było kupić i on stanowił znakomity materiał na wymarzony mundurek.
Wreszcie słowo o dziewiątej z kolei drużynie, które jest zaledwie wzmianką, jakimś nie do końca pewnym sygnałem o istnieniu drużyny harcerskiej w Polanowie. Brak jakichkolwiek danych uniemożliwia w tym momencie wskazania podstawowych informacji na ten temat. Jedno wydaje się być pewne: drużyna harcerska w tym mieście funkcjonowała! Przekonywała mnie o tym pani Kucharska, emerytowana nauczycielka, która w tym okresie a więc od 1946 roku pracowała w tej szkole. Również z informacji pisemnej, jaką otrzymałem od ostatniego hufcowego A. Trzeszczkowskiego wynika, że wizytował osobiście tę drużynę. Innego zdania jest obecna dyrektorka szkoły podstawowej, która nie wie nic o istnieniu drużyny. Swoje stanowisko, które jest bardziej domniemaniem niż pewnikiem, wywodzi się stąd, że w kronice szkolnej, prowadzonej od 1946 r. nie ma w tym zakresie żadnej wzmianki.
W 1947 roku wraz z rozwojem liczebnym drużyny przy Szkole Podstawowej w Sławnie zaszła konieczność dokonania przegrupowań, mających na celu usprawnienie funkcjonowania, poprzez utrzymanie stanu osobowego drużyny w granicach 45 harcerzy. I tak z dniem 11 stycznia 1947 r. dwa zastępy, wywodzące się ze starszych klas, a prowadzone przez zastępowych Bogusława Kociłowicza i Stefana Mikołajewskiego z 2 SDH im. Bolesława Chrobrego, przeniesione zostają do drużyny przy gimnazjum. Gimnazjalnej drużynie, noszącej dotychczas imię Zawiszy Czarnego, nadane zostaje nowe imię – generała Władysława Sikorskiego. W tym stanie organizacyjnym, obie te drużyny przetrwały do likwidacji, która nastąpiła jesienią 1949 roku.
Sama likwidacja harcerstwa nie nastąpiła nagle, tak z poniedziałku na wtorek. Była procesem trwającym około trzech lat, w ciągu których następowały systematycznie demontaż organizacji. Proces ten rozpoczął się od wymiany kadry w Głównej Kwaterze w Warszawie i w komendach poszczególnych chorągwi. Jednym z następnych etapów na tej drodze przemian, było dokonanie zmiany tekstu przyrzeczenia harcerskiego. Rozwojem sytuacji… „próbują kierować różne siły i ośrodki od Związku Walki Młodych poprzez resort oświaty do ugrupowań wojskowych. To, co dla społeczeństwa jest świadectwem ciągłości i słuszności wpajanych przez harcerstwo ideałów, staje się dla niektórych powodem podejrzeń lub nawet niechęci”.
Takim jaskrawym przykładem zaprowadzenia nowych porządków nawet na najniższym szczeblu harcerstwa, bo w drużynach była zmiana wielobarwnych chust i krajek na czerwone chusty i takież krawaty. Z nowym porządkiem harcerstwo spotkało się w lipcu 1949 roku na chorągwianym obozie harcerskim w Jasieniu koło Bytowa. Ten ogromny obóz był zorganizowany przez komendę Zachodnio-Pomorską w Szczecinie i składał się z kilku podobozów, po 3-4 hufce. Podobóz żeński zlokalizowany był w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań tej wsi, natomiast podobozy męskie zlokalizowane były w pobliskim lesie.
Hufiec sławieński, wspólnie z hufcami miasteckim, choszczeńskim i gryfickim, stanowił wspólny podobóz. Komendantem grupy sławieńskiej był ćwik Robert Konopka, który był drużynowym 2 SDH.
Dzień 22 lipca był dniem świątecznym, a w związku z tym nie były prowadzone żadne zajęcia poza sportowymi i świetlicowymi. W tym to dniu komenda obozu postanowiła urozmaicić nieco porządek dnia zarządzając zbiórkę całego stanu osobowego na placu apelowym w Jasieniu. Przybyłe na tę zbiórkę hufce – jak wspomina uczestnik tego obozu Tadeusz Maciejuk – spotkała niespodzianka. Na dużym stole, stojącym tuż przy maszcie flagowym, leżały przygotowane do wręczenia czerwone chusty i krawaty. W pewnej chwili zjawiła się komenda obozu z komendantem na czele. Zabrał on głos wyjaśniając powód nadzwyczajnego spotkania i bez zbytniej ceremonii poinformował, że z tą chwilą każdy harcerz i harcerka winni tę chustę założyć, podnosząc jedną wziętą ze stołu na wysokość wyciągniętej ręki. W tym momencie powstał pomruk w hufcach, który wzmagał się, gdyż coraz to nowe hufce włączały się do tego ogólnego tumultu. Trudno było zapanować nad porządkiem na placu, bez rozkazu odmaszerowały ze śpiewem do swoich podobozów, pozostawiając na placu komendę z całym tym majdanem. Relacja naocznego świadka tego zdarzenia jest zgodna z opisem, jaki przedstawił mi wymieniany już A. Trzeszczkowski.
Tak zakończyła się pierwsza próba narzucenia harcerstwu pomorskich hufców przez ośrodki polityczne o innej orientacji, swojej dominacji. To niepowodzenie z chustami nie zniechęciło ludzi odpowiedzialnych za wdrażanie nowego modelu harcerstwa, a wręcz odwrotnie, wzmogła ich działania dla osiągnięcia zamierzonego celu. Skutkiem tych działań była owa słynna już uchwała prezydium Zarządu Głównego ZMP o przejęciu kierownictwa nad Związkiem Harcerstwa Polskiego.
Na tym kończy się też harcerstwo o ideologii Baden-Powellowskiej, a rozpoczyna się okres w życiu polskiego harcerstwa, w którym ulegają zmianie zarówno tradycja, symbolika, znaki, ideologia i wszystko to, co dotychczas stanowiło harcerstwo.

3. Praca w drużynach
 
Jakimi zagadnieniami żyły drużyny, czym się zajmowały, jak wyglądała na co dzień praca zastępu – tej najmniejszej komórki organizacyjnej w ramach struktury harcerskiej. Na te i na inne jeszcze pytania będę się starał odpowiedzieć, bazując głównie na przykładach zaczerpniętych z mojej macierzystej drużyny, którą była 1 SDH im. Wł. Sikorskiego. Zanim do niej jednak zostałem przeniesiony, należałem do 2 SDH im. B. Chrobrego. Był to zatem zaledwie krótkotrwały epizod w całej mojej służbie, w trakcie której nie zdążyły mieć jeszcze miejsca istotne wydarzenia wynikające z przynależności do harcerstwa.
Ten krótki, bo w sumie zaledwie pięcioletni okres mojej przynależności, był wystarczająco długi, aby dać się zauroczyć tą organizacją. Ta fascynacja brała się stąd, że ideały zaszczepione tam i wówczas zapadły głęboko w sercach. Takie wartości jak: umiłowanie własnego kraju, praw Boskich i ludzkich, szacunek dla pracy y ludzi pracy, prawdomówność, ofiarność i wiele innych cech wpajane były na co dzień, najczęściej w toku gier i zabaw, na biwaku, zbiórce, obozie czy przy ognisku harcerskim.
Tak więc najważniejsze wydarzenia w mojej i moich współdruhów służbie odnoszą się do 1 SDH. Właśnie w tej drużynie, podobnie jak moi koledzy, złożyłem przyrzeczenie harcerskie, zdobyłem stopień młodzika, kontynuowałem naukę na kolejny stopień, uzyskałem 15 sprawności, uczestniczyłem w obozie harcerskim w Jackowie. Brałem też udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach podejmowanych przez moja drużynę i hufiec.
Przyrzeczeniu, jako ważnemu wydarzeniu w życiu każdego harcerza poświęciłem już wcześniej kilka zdań, przy okazji omawiania poprzedniego tematu. Obecnie dodam tylko, że aktowi temu starano się nadawać zawsze uroczysty charakter, poprzez stosowny ceremoniał. Miał on na celu dostarczenie ich uczestnikom takich wrażeń i przeżyć, które są zdolne wywrzeć piętno na psychikę młodych ludzi w najważniejszym okresie formowania się właściwych postaw.
Również ważnym zagadnieniem, któremu poświęcano wiele uwagi, to podnoszenie wiedzy ogólnoharcerskiej, tak w zakresie teorii jak i praktycznych zajęć terenowych. I tak w ramach realizacji tego hasła, w czerwcu 1947 roku przeprowadzona była próba na kolejny stopień  – wywiadowcę. Przystąpiło do niej z naszej drużyny kilkunastu harcerzy.
Należy przy tym dodać, że próby, czy to na stopnie czy też na sprawności, najczęściej były przeprowadzane w czasie letnich obozów. Warunki obozowe, poprzez skoszarowanie, z jednej strony oraz brak obciążeń uczestników innymi zajęciami, sprzyjały pod każdym względem tego rodzaju przedsięwzięciom.
Drużyny sławieńskie, gdyż z konieczności informacja ta została zawężona do nich, zorganizowały, bądź współorganizowały z innymi drużynami 5 obozów czterotygodniowych. Pierwszy z nich już miał miejsce w lipcu 1946 roku w Jackowie (Jarosławiec). Zorganizował go komendant hufca hm. Bogdan Chruśliński, pełniąc na nim jednocześnie funkcję komendanta obozu. W następnym roku zorganizowano już dwa turnusy (również w Jackowie), po cztery tygodnie każdy. Komendantem był drużynowy Witold Róg, a oboźnym Jan Czapliński. W 1948 roku obóz letni był również zorganizowany nad morzem, w okolicach Niechorza koło Trzebiatowa. Brak bliższych danym uniemożliwia podanie choćby składu osobowego komendy obozu. Ostatnim obozem, jaki był organizowany w 1949 roku, a więc prawie w przededniu rozwiązania harcerstwa, był chorągwiany obóz w Jasieniu koło Bytowa. O tym obozie, na którym reprezentowany był cały hufiec, uczyniłem wzmiankę przy okazji opisywania próby wprowadzenia do harcerstwa czerwonych chust. Komendantem grupy Sławno był ćwik Robert Konopka, a oboxnym najprawdopodobniej jego brat Janusz.
Jeśli chodzi o ciekawsze wydarzenia w całym pięcioleciu, które w sposób szczególny utkwiły, to z cała pewnością do nich należy uroczystość – w jakiej uczestniczyli również harcerze w 1947 roku – z okazji święta 3 Maja. Uroczystość ta rozpoczęła się mszą św. polową, którą odprawił ówczesny proboszcz parafii ksiądz Ludwik Orestes Mazur. Ołtarz był usytuowany na rynku po jego wschodniej stronie, na zwałowisku gruzów, jakie powstały po wypalonych budynkach, skutkiem powojennej pożogi, która strawiła dużą część miasta, w tym całe śródmieście.
Harcerze w szyku drużyn zajmowali miejsce na placu w znacznym oddaleniu od ołtarza, przy którym zgrupowały się ówczesne władze administracyjne i polityczne, dorosła część społeczeństwa oraz młodzież szkolna. Po mszy nastąpiły okolicznościowe przemówienia, a po nich, na zakończenie uroczystości, harcerze zaprezentowali się w czasie defilady. Do tej defilady przygotowywaliśmy się dłuższy czas. Myślę, że podobnie postąpiły i inne drużyny, gdyż defilada wypadła imponująco. Według zgodnej opinii jej obserwatorów, cała uroczystość była wielkim wydarzeniem w powojennym Sławnie.
Również do ciekawszych wydarzeń tamtego okresu należy zaliczyć uroczystość w Białogardzie, jaka miała miejsce z okazji poświęcenia sztandaru, ufundowanego przez społeczeństwo dla tamtejszego hufca ZHP. Była to uroczystość pomyślana i przeprowadzona z wielkim rozmachem organizacyjnym. O rozmiarze uroczystości może świadczyć chociażby to, że wzięło w niej udział kilka tysięcy harcerek i harcerzy z całego terenu działania Zachodnio-Pomorskiej Chorągwi ZHP, tj. z 24 hufców. Żeby tylko przewieźć w obie strony, należało uruchomić kilka specjalnych pociągów z różnych kierunków ówczesnego województwa szczecińskiego.
Miasto Białogard, to jednak miasto kolejarzy z racji ważnego węzła kolejowego. W tym mieście funkcjonowały i miały swoją siedzibę kierownictwa decyzyjne wielu służb w zakresie utrzymania ruchu kolejowego, stąd też w tym środowisku łatwiej „przechodziły” te sprawy, które w innych miastach powiatowych były niemożliwe do załatwienia.
A więc udaliśmy się do Białogardu specjalnym pociągiem, wagonami towarowymi, który wyruszył ze Słupska. Nasz hufiec dołączył do tego pociągu, w którym jechały hufce słupski, bytowski i miastecki. W Koszalinie dołączył miejscowy hufiec i w takim składzie dojechaliśmy do Białogardu. Z innych kierunków też nadjeżdżały pociągi przywożące harcerzy. W tym dniu było zielono id mundurków i wielobarwnie od kolorowych chust.
Uroczystość główna miała miejsce na stadionie sportowym położonym chyba daleko za miastem, ponieważ marsz ze stacji wydawał się nigdy nie kończyć. Sam stadion był położony w rozwidleniu torów kolejowych, usytuowanych za wysokich nasypach. Uroczystości poświęcenia, jak i wręczenia sztandaru nie jestem w stanie opisać. Jakkolwiek w niej uczestniczyłem, to jednak zdaje się, że zajmowaliśmy na nim gdzieś odległe miejsce i to chyba jest przyczyną, że tej części uroczystości nie pamiętam. Natomiast znakomicie pamiętam defiladę kończącą oficjalną część uroczystości. Włożyliśmy w nią wszystko na co było nas stać. Byliśmy ogromnie z siebie zadowoleni, ale wnet miało się okazać, że każdy z hufców odczuwał to samo co my i tak samo był z siebie zadowolony, że odniósł sukces. Miernikiem tego sukcesu była spontaniczność publiczności zgromadzonej wzdłuż całej trasy przemarszu, która jak okazało się wszystkich jednakowo nagradzała oklaskami.  Tak już chyba jest, że w sytuacji, gdzie nie ma wyraźnego lidera wszyscy uczestnicy określonej imprezy mają prawo czuć się zwycięzcami.
Po głównych uroczystościach nadszedł czas na tradycyjną grochówkę z wkładką. Po posiłku był czas wolny, a więc okazja do rozmów i zawierania nowych znajomości, wymiany adresów. Wieczorem wracaliśmy do domów pełni niezapomnianych wrażeń i oczarowani białogardzkim spotkaniem.
Warte wspomnienia są również poczynania naszej drużyny w kierunku utworzenia własnej orkiestry dętej. Bezpośrednim impulsem do tego był występ w Sławnie harcerskiej orkiestry dętej ze Słupska. Był to liczny, bardzo dobrze przygotowany i znakomicie umundurowany zespół, który w Sławnie zrobił prawdziwą furorę. Nie jest znana okazja z jakiej występowali w Sławnie, chociaż to dzisiaj nie jest ważne. Ważne jest natomiast to, że tym występem „zarazili” nas chęcią posiadania czegoś podobnego. Sprawa nie była tak skomplikowana, jakby się na pozór wydawało, gdyż wśród członków naszej drużyny było sześciu harcerzy, którzy na co dzień grali w orkiestrze Powiatowego Domu Kultury w Sławnie, a mianowicie: Janusz Konopka – klarnet, Witold Róg i Ryszard Dietrich trąbka, Bogdan Dec i Robert Konopka – tenor, Stanisław Poprawski – alt. Ponadto Zbigniew Jost – członek naszej drużyny – posiadał pewne doświadczenie w grze na werblu i on był uwzględniony w składzie nowo formowanej orkiestry. Było jeszcze co najmniej dwóch instrumentalistów spośród harcerzy, ale ich nazwiska uległy zapomnieniu. Tak więc dziewięć osób, tzw. czynnych orkiestrantów mógł z powodzeniem stanowić zalążek przyszłej orkiestry. Tak też się stało, gdyż jeszcze w 1949 roku w składzie około 12-14 orkiestrantów, w której oprócz wymienionych grali również młodsi wiekiem członkowie ze wzmiankowanej wyżej orkiestry PDK np. Stanisław Szatkowski – puzon i inni, wystąpiła po raz pierwszy jako orkiestra ZHP, prowadząc hufiec do kościoła na nabożeństwo. Z jakiej okazji to się działo trudno dziś dociec. Co się tyczy repertuaru, to nie było z tym żadnego kłopoty, gdyż w części był już opanowany. Pozostał jeszcze do opanowania repertuar tzw. oficjalny tj. hymn harcerski i kilka okolicznościowych melodii z repertuaru harcerskiego.
Według mojej orientacji orkiestra ta tylko raz jeden wystąpiła, ponieważ likwidacja harcerstwa, która niebawem nastąpiła, położyła wszystkiemu kres.

4. Stan posiadania
 
Myślę, że nie od rzeczy będzie na zakończenie tego opracowania poświęcić kilka słów stanowi posiadania niektórych drużyn i ich zasobności w bazy i sprzęt. O ile drużyny wiejskie nie posiadały w zasadzie sprzętu typowo harcerskiego i ani też własnych harcówek, o tyle stan wyposażenia w sprzęt o tym charakterze przez drużyny miejskie był zgoła inny. Odniosę się tu do dwóch drużyn – wodniackiej z Darłowa i 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego w Sławnie.
Darłowska drużyna morska, posiadała własną bazę w postaci wspomnianego już budynku przy ul. Tkackiej 1. Według zgodnej opinii jej członków, była ona wyposażona w sprzęt pływający w postaci 3 dużych łodzi wiosłowych przystosowanych do przybrzeżnych rejsów morskich. Posiadała ponadto znakomite wyposażenie mundurowe. Każdy harcerz posiadał trzy mundury marynarskie: jeden tzw. ćwiczebny, drugi – jesienno-zimowy i trzeci – letni, wyjściowy, zwany też galowym.
Zapobiegliwość, to jakby wrodzona cecha, to szósty zmysł, którym dobry harcerz musi się kierować. Także i w przypadku tej drużyny, cechy te wyraźnie się uzewnętrzniają, np. przy okazji gromadzenia sprzętu pływającego. W zasadzie poza trzema łodziami wiosłowymi (dwie czteroosobowe i jedna sześcioosobowa) żadnego innego sprzętu, typowego dla drużyn lądowych, jak namioty i in., drużyna nie posiadała. Zresztą nie czyniła w tym kierunku żadnych starań czy zabiegów, uważając, że sprzęt pływający w zupełności wystarcza do realizowania nakreślonych zadań programowych.
Jak wspomina b. członek tej drużyny, dziś lekarz i szanowany obywatel tego miasta – Gwidon Kożuch – „wejście w posiadanie tych łodzi nie można do końca uznać za legalne, gdyż nieco kłóci się to z Prawem harcerskim. Członkowie drużyny postanowili – wobec niemożności legalnego nabycia – czasowo zarekwirować kilka łodzi, bez wyraźnego określenia terminu ich zwrotu. Czyniliśmy też próby nabycia łodzi, jednak bez rezultatu. Kupić nie było gdzie, a ci, co je posiadali, nawet w nadmiarze, nie wyrażali chęci ich zbycia. Nam bynajmniej nie chodziło o wyłączne prawo posiadania ich, lecz o umożliwienie korzystania z nich. To by nas w zupełności zadawalało. A tak. to zrobiliśmy, co zrobiliśmy”.
Opowieść ta ze względu na ciekawą fabułę i napięcia dramaturgiczne, zasługuje na zacytowanie jej w całości. A więc po kolei:
W pobliskiej wsi Witowo (obecnie Wicie), w której stacjonował mały oddział wojsk radzieckich, stała przycumowana do słupów falochronu flotylla składająca się z kilkunastu łodzi wiosłowych. Kilka dalszych było wyciągniętych na brzeg. Od czasu do czasu żołnierze wypływali, wspólnie z rybakami niemieckimi na połów ryb. Wywiedzieli się o tym harcerze i po przeprowadzeniu kilku wywiadów terenowych, wspólnie uznali, że jest możliwe uprowadzenie tych łodzi. Ustalony został precyzyjny plan działania, w wyniku którego zostały przydzielone poszczególnym uczestnikom wyprawy wycinkowe zadania. Całością kierował osobiście drużynowy Kalinowski. Wybrali dla siebie korzystne warunki pogodowe. Zapadający wiosną wcześnie zmrok, był sprzymierzeńcem całej operacji, której nadany został kryptonim „Wiosło”.
Wszystko poszło gładko i sprawnie, zarówno dotarcie na miejsce, odcumowanie łodzi jak i odpłynięcie na bezpieczną odległość. Jakoś, po pół godzinie wiosłowania „na najwyższych obrotach” spostrzegliśmy, że wyruszył za nami pościg. A więc cała operacja okazała się nie być wcale taka niezauważalna.
W tych warunkach pościg nie miał większych szans powodzenia. Widać zdali sobie z tego sprawę ścigający, bo zaprzestali dalszego pościgu, dając za wygraną. Jeszcze tylko w naszym kierunku oddali kilka serii z broni maszynowej i zawrócili do Witowa. Strzały te nie mogły uczynić nam nic złego, gdyż odległość dzieląca nas była zbyt wielka. W tych warunkach „pepesza” – podstawowa broń piechoty armii radzieckiej tamtych lat – przy prowadzeniu ognia w sposób ciągły, była bronią nieskuteczną. Tylko jasne ogniki na ciemniejącym nieboskłonie i głuchy huk wystrzałów, świadczyły o tym, że ścigający strzelają, ale już tylko dla formalności, nie wierząc w skuteczność swych poczynań.
Późnym wieczorem minęliśmy główki falochronu, co oznaczało dla nas koniec wyprawy. Byliśmy w porcie. Dalej płynęliśmy kanałem portowym pod osłoną ciemności aż do kładki, gdzieś na wysokości kina „Bajka”. Tam zostały zacumowane i odpowiednio zamaskowane. Po upływie około tygodnia, w ciągu którego bacznie obserwowaliśmy cały teren, wyczekując na rozwój wydarzeń. Nic nadzwyczajnego nie zaobserwowaliśmy, co wskazywałoby na poszukiwania, a zatem mogliśmy przystąpić do pracy. Najpierw dokonaliśmy oględzin stanu technicznego, a następnie zabraliśmy się do usuwania drobnych usterek no i oczywiście do przemalowania, przygotowując je do nowej służby na morzu pod banderą ZHP.
Z racji odmiennych funkcji, drużyna sławieńska im. gen. Władysława Sikorskiego posiadała wyposażenie odpowiednie do potrzeb. Wprawdzie nie posiadała kompletów umundurowania, mając tylko jedno, to regulaminowe, za to posiadała znakomite wyposażenie w potrzebny sprzęt. Dysponowała harcówką, najpierw w baszcie słupskiej, a gdy ta okazała się niewystarczająca, zajmowała dwa lokale mieszkalne w jednym budynku przy ul. Sienkiewicza. Dzięki zapobiegliwości i pomysłowości wnet stała się właścicielem typowego wyposażenia. Otrzymał z placówki Wojsk Ochrony Pogranicza w Darłowie 4 namioty 15 osobowe, 2 czteroosobowe, dużą ilość pałatek, saperek, kilofów, łomów i latarki elektryczne. Również otrzymała pewną ilość konserw mięsnych, co w owych czasach było bardzo cennym nabytkiem z racji występujących trudności aprowizacyjnych. Wszystko to stanowiło dar tej jednostki, do czego przyczynił się dowódca tej placówki, były przedwojenny harcerz, który doskonale rozumiał potrzeby swoich młodszych kolegów. Nazwisko tego oficera, niestety, utonęło w ludzkiej niepamięci – a szkoda. Mam jednak nadzieję, że przy dołożeniu maksimum starań uda się tę lukę wypełnić i wpisać tę osobę do panteonu harcerskiej chwały.

Koniec

 
Przedruk tekstu. Dla przejrzystości materiału przeznaczonego na stronę internetową hufca nie zawarto w nim występujących w oryginale odnośników. Kserokopia pełnego opracowania dostępna w KH ZHP Sławno.


Korpus Ochrony Pogranicza
 
Zawieszenie broni przerywające działania wojenne na froncie polsko-bolszewickim, podpisane jesienią 1920 r. spowodowało konieczność objęcia ochrony nad tymczasową granicą, będącą w istocie linią rozgraniczającą walczące strony. W celu przestrzegania i nadzorowania warunków rozejmowych powołano:
Kordon Graniczny Ministerstwa Spraw Wojskowych (6 listopad 1920 r. – styczeń 1921 r.),
Kordon Graniczny Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego (styczeń 1921 r).
Podpisanie traktatu pokojowego w Rydze 18 marca 1921 r. nie rozwiązało jednak do końca roszczeń ZSRR do ziem, które znalazły się w granicach Rzeczypospolitej (tzw. Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi). Mnożyły się prowokacje i incydenty graniczne, mające na celu m.in. wywoływanie na Kresach niepokojów społecznych, rozbudzanie nieufności do władz polskich, rozpowszechnianie idei komunistycznych i propagandy bolszewickiej. Hasła te trafiały na dość podatny grunt, bowiem wschodnie tereny II RP zamieszkiwane były w większości przez ludność pochodzenia ukraińskiego i białoruskiego.
Po zakończeniu działań wojennych i wycofaniu regularnych oddziałów Wojska Polskiego, ochronę nad nowo ustanowioną granicą z ZSRR powierzono początkowo Batalionom Celnym (czerwiec 1921 r.), następnie Straży Granicznej (1922 r.) i ostatecznie Policji Państwowej (od 1923 r.). Niestety, brak wypracowanej koncepcji i ciągłe reorganizacje nie mogły zapewnić skutecznej ochrony granicy. System policyjny był zbyt statyczny i mało operatywny. Sprzyjało to nie tylko wzrostowi przestępstw, ale umożliwiało również skryte przekraczanie granicy regularnym oddziałom Armii Czerwonej. Tylko w 1924 roku, na wschodnim pograniczu dokonano 189 większych napadów rabunkowych i dywersyjnych oraz 28 zamachów sabotażowych. Największym echem w Polsce odbiły się dwa napady: na miasto Stołpce i na pociąg osobowy pod Łunińcem.
21 – 22 sierpnia 1924 r. podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Ministrów z udziałem prezydenta RP, podjęto decyzję o powołaniu na Wschodzie nowej formacji granicznej. Ze względu na posiadane środki i możliwości, zadanie jej zorganizowania powierzono Ministerstwu Spraw Wojskowych. 12 września wydało ono rozkaz utworzenia Korpusu Ochrony Pogranicza, a 17 września instrukcję określającą jego strukturę.
KOP organizowany był etapami. Zabezpieczanie granicy rozpoczął 27 października 1924 r., a zakończył 11 listopada tegoż roku. Święto Niepodległości stało się jednocześnie nieoficjalnym świętem korpusu. W pierwszej fazie organizacji utworzono Dowództwo oraz trzy brygady: 1 Wołyńską, 2 Nowogródzką i 3 Wileńską w składzie 10 baonów piechoty i 10 szwadronów kawalerii. Pierwszym dowódcą korpusu został gen. bryg. Henryk Odrowąż-Minkiewicz (1924 r. – 1929 r.), zastępcą – gen. bryg. Józef Tokarzewski, a szefem sztabu – ppłk Juliusz Ulrych. Nowa formacja pod względem służby granicznej podlegała Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, zaś pod względem szkoleniowym i mobilizacyjnym Ministrowi Spraw Wojskowych.
W 1925 r. utworzono dwie nowe brygady, które obsadziły odcinki graniczne województw poleskiego i tarnopolskiego, a w rok później szósta „Grodzieńska” stanęła na granicy z Litwą i Łotwą. W 1927 r. KOP przejął niewielkie odcinki granicy rumuńskiej i pruskiej, przylegające do obszarów działania korpusu na obydwu skrzydłach. Tym samym ostatecznie zakończył się proces zabezpieczania wschodniej granicy państwowej na łącznej długości 2334 km.
W ciągu 15 lat istnienia, KOP kilkakrotnie przechodził reorganizacje. Jego stan liczebny w różnych okresach wynosił 26 – 28 tys. żołnierzy i oficerów. Służba czynna trwała 24 miesiące dla żołnierzy, natomiast oficerowie odbywali 3 – 4 letnie praktyki, przychodząc z jednostek liniowych. Dowódców drużyn kształcono w Centralnej Szkole Podoficerów KOP w Osowcu n/Narwią. Oprócz gen. Minkiewicza, dowódcami KOP byli również:
gen. bryg. Stanisław Tessaro (1929 r. – 1930 r.),
gen. bryg. Jan Kruszewski (1930 r. -1939 r.),
gen. bryg. Wilhelm Orlik – Rückemann (31.08 – 1.10.1939 r.).
W 1938 roku, w związku z zagrożeniem wojną, KOP podporządkowano Generalnemu Inspektoratowi Sił Zbrojnych. Począwszy od marca 1939 r. korpus zmobilizował na potrzeby armii szereg dodatkowych jednostek (m.in. 2 dowództwa grup operacyjnych, 3 dowództwa dywizji, 3 brygady i kilkanaście pułków). Od 17 września 1939 roku, pod dowództwem gen. Wilhelma Orlika-Rückemanna KOP zapisał piękną kartę bohaterstwa usiłując wypełnić na Kresach Wschodnich niewykonalny rozkaz obrony Ojczyzny.

Straż Graniczna II RP
 
Zakończenie I wojny światowej i powstanie niepodległego Państwa Polskiego w listopadzie 1918 roku, wiązało się z koniecznością rozwiązania problemów dotyczących zabezpieczenia kształtujących się granic. W momencie powstania II Rzeczypospolitej, granice te nie były ostatecznie wytyczone, a ich uznanie przez poszczególne państwa mimo postanowień Traktatu Wersalskiego z 28 czerwca 1919 r. trwało jeszcze przez kilka następnych lat. Dopiero zakończenie wojny polsko-bolszewickiej oraz przyłączenie Wileńszczyzny i Górnego Śląska do Rzeczypospolitej zakończyło proces scalania ziem polskich.
System ochrony granic państwa w okresie II Rzeczypospolitej ulegał licznym przeobrażeniom. Umownie podzielono go na dwa kierunki: zachodni i wschodni. Ostatecznie długość polskich granic wynosiła 5539 km. Pierwsze formacje graniczne powstały już w 1918 roku.
W okresie dwudziestolecia międzywojennego ochroną polskich granic na kierunku zachodnim zajmowały się następujące formacje:
Straż Gospodarczo-Wojskowa (31 październik – grudzień 1918 roku),
Korpus Straży Skarbowej (listopad – grudzień 1918 roku),
Straż Graniczna (18 grudzień1918 – marzec 1919 roku),
Wojskowa Straż Graniczna (marzec 1919 – 3 marzec 1920 roku),
Strzelcy Graniczni (3 marzec 1920 – 31 marzec 1921 roku),
Bataliony Wartownicze (listopad 1920 – 28 styczeń 1921 roku),
Baony Celne Ministerstwa Skarbu (28 styczeń 1921 – 1 wrzesień 1922 roku),
Straż Celna (1 kwiecień 1921 – 2 kwiecień 1928 roku),
Straż Graniczna (22 marzec 1928 – październik 1939 roku).
Powstanie Straży Granicznej w 1928 r. zakończyło okres tymczasowości i ciągłych reorganizacji. Nowa formacja objęła ochroną granicę południową, zachodnią i morską o łącznej długości 3 441 km (tj. 63 % całości granic). Przed SG postawiono zadania związane z ochroną granicy pod względem wojskowym, politycznym, gospodarczym i sanitarnym. W celu właściwego zabezpieczenia granicy utworzono Komendę SG (później Komendę Główną SG) w Warszawie oraz sześć Inspektoratów Okręgowych SG w terenie: Wschodniomałopolski – Lwów, Zachodniomałopolski – Kraków, Śląski – Katowice, Wielkopolski – Poznań, Pomorski – Bydgoszcz, Mazowiecki – Ciechanów. Komendzie Głównej SG podlegała także Ekspozytura Inspektoratu Ceł w Gdańsku.  Kadry dla formacji kształcono w Centralnej Szkole Straży Granicznej mieszczącej się początkowo w Górze Kalwarii, a następnie w Rawie Ruskiej (w jej skład wchodził również Zakład Tresury Psów). W ciągu 11 lat istnienia, Straż Graniczną po raz ostatni poddano reorganizacji w roku 1938.
Jej kolejnymi komendantami byli:
gen. bryg. Stefan Pasławski (1927-1928),
gen. bryg. Jan Tomasz Jur-Gorzechowski (1928-1938),
gen. bryg. Walerian Czuma (1938-1939).
Na dzień 31 sierpnia 1939 r. Straż Graniczna liczyła 16 001 funkcjonariuszy, w tym 2 145 oficerów, 6 241 podoficerów i 9 315 szeregowych. Pełnili oni służbę w 419 placówkach I linii, 212 placówkach II linii, 129 komisariatach granicznych, 26 komendach obwodowych i 6 komendach okręgowych. Na stanie SG znajdowało się 76 samochodów osobowych oraz 72 motocykle.
Na krótko przed wybuchem wojny Straż Graniczną podporządkowano władzom wojskowym. W ciągu pierwszych dni kampanii wrześniowej jednostki SG poniosły bardzo duże straty. Po wykonaniu zadań podstawowych na granicy włączyły się do działań bojowych w głębi kraju, wspierając jednostki liniowe Wojska Polskiego.
 
Wojska Ochrony Pogranicza
 
Po zakończeniu II wojny światowej, ochronę granicy państwowej powierzono początkowo jednostkom Wojska Polskiego. Zgodnie z rozkazem Naczelnego Dowódcy WP z dn. 27 maja 1945 r., wydzielone związki taktyczne 2 armii Wojska Polskiego do dnia 10 czerwca miały zakończyć przegrupowanie z terytorium Czechosłowacji i obsadzić granicę na Odrze i Bystrzycy, a następnie kierując się dalej na zachód, linię Odry i Nysy Łużyckiej. Odtąd dzień 10 czerwca symbolicznie obchodzono jako Święto WOP.
Wojska Ochrony Pogranicza utworzono trzy miesiące później 13 września 1945 r. rozkazem Nr 254/Org. Naczelnego Dowódcy WP. Na tej podstawie, wyznaczone wcześniej do ochrony granicy państwowej jednostki, przekształcono w etatowe struktury WOP podporządkowane organizacyjnie Ministerstwu Obrony Narodowej. Instancję naczelną stanowił Departament WOP (szef – płk (gen.) Gwidon Czerwiński), podległy I wiceministrowi MON, gen. Wsiewołodowi Strażewskiemu. Przy dowództwach okręgów wojskowych utworzono Wydziały ds. WOP, którym podporządkowano Oddziały WOP, a tym z kolei komendy odcinków i strażnice. 28 października 1945 r. zorganizowano na granicach przejściowe punkty kontrolne.
W latach 1945 r. – 1990 r. WOP podlegał następującym resortom:
1945 – 1949 – Ministerstwu Obrony Narodowej,
1949 – 1954 – Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego,
1954 – 1965 – Ministerstwu Spraw Wewnętrznych,
1965 – 1971/72 – Ministerstwu Obrony Narodowej,
1971/72 – 1990 – Ministerstwu Spraw Wewnętrznych.
Do głównych zadań WOP należało zapobieganie, przeciwdziałanie i zwalczanie przestępczości granicznej, zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego w pasie granicznym, nadzór nad przestrzeganiem przepisów dotyczących obrony granicy państwowej obowiązujących w strefie nadgranicznej i pasie granicznym, nadzór nad przestrzeganiem przez wszystkie statki przepisów obowiązujących na morskich wodach wewnętrznych i morzu terytorialnym, a także wykonywanie niektórych czynności będących w kompetencji administracji celnej. Całkowita długość granic PRL wynosiła: 3538 km.
Począwszy od lat siedemdziesiątych, aż do końca swego istnienia Wojska Ochrony Pogranicza zorganizowane były według struktur wojskowych. Składały się z: Dowództwa WOP (Warszawa) i 11 brygad: Kaszubskiej (Gdańsk), Bałtyckiej (Koszalin), Pomorskiej (Szczecin), Lubuskiej (Krosno Odrzańskie), Łużyckiej (Lubań Śląski), Sudeckiej (Kłodzko), Górnośląskiej (Gliwice), Karpackiej (Nowy Sącz), Bieszczadzkiej (Przemyśl), Nadbużańskiej (Chełm), Podlasko-Mazurskiej (Białystok). Ochronę morskich wód terytorialnych zapewniała Morska Brygada Okrętów Pogranicza (Gdańsk), znajdująca się w strukturach Marynarki Wojennej (3 Dywizjony OP: Kaszubski – Gdańsk-Westerplatte, Bałtycki – Kołobrzeg i Pomorski – Świnoujście).
Kształceniem kadr zajmowało się Centrum Szkolenia WOP w Kętrzynie w składzie: filia wrocławskiej Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych – kierunek WOP, Szkoła Chorążych WOP, Podoficerska Szkoła Zawodowa WOP i in. kursy. Przy niektórych brygadach istniały ponadto szkoły podoficerskie i ośrodki szkolenia młodszych specjalistów: łączności i radiolokacji – Koszalin, kucharzy – Szczecin, dowódców drużyn – Kłodzko, tresury psów służbowych – Żarka n/Nysą. Upowszechnianiem kultury zajmował się działający przy Dowództwie WOP Zespół Estradowy „Granica”.
Ukształtowany w taki sposób system organizacyjny WOP przetrwał aż do czasów transformacji ustrojowej w latach 1989/90. Na mocy ustawy z dnia 12 października 1990 r. o Straży Granicznej istniejące struktury Wojsk Ochrony Pogranicza zostały przekształcone w nową formację, nawiązującą do przedwojennej Straży Granicznej. Stało się to 16 maja 1991 r. Odtąd dzień 16 maja obchodzony jest jako Święto SG.

Straż Graniczna

Straż Graniczna to jednolita, umundurowana, dobrze uzbrojona i wyposażona formacja. Dysponuje najwyższej klasy środkami łączności, niezawodnym sprzętem transportowym. Wszystkie przejścia graniczne połączone są w jednolity system teleinformatyczny. Samochody, samoloty i śmigłowce wyposażone są w urządzenia termowizyjne, noktowizyjne, pozwalające zabezpieczyć odcinek granicy w każdych warunkach i porach doby. W procesie kontroli granicznej wykorzystywane są przyrządy do wykrywania fałszerstw dokumentów, które jeszcze niedawno można było spotkać jedynie w laboratoriach. Profesjonalna, oddana dla państwa kadra, jest w pełni przygotowana do realizacji zadań służbowych. Polska utrzymuje jedną z najdłuższych zewnętrznych granic UE. Ochronić 1100 kilometrowy odcinek granicy lądowej na pewno nie jest łatwo. Do tego zadania przygotowania trwały od dawna. Wybudowano na wschodzie nowe strażnice, tam kierowanych jest najwięcej ludzi i sprzętu. Zwiększona została obsada wschodniej granicy oraz lotnisk. Przyczyni się to do sprawniejszej kontroli, ale przede wszystkim zwiększy bezpieczeństwo w międzynarodowym ruchu lotniczym.  Mimo przystąpienia Polski do Unii Europejskiej oraz Układu z Schengen a tym samym pełnego otwarcie granic wewnętrznych Straż Graniczna nie zniknie z krajobrazu naszej południowej i zachodniej granicy. Pozostaną, może nie tak liczne jednostki, które będą dokonywać wyrywkowych, doraźnych kontroli na szlakach komunikacyjnych. Będą musiały być w gotowości, by w razie potrzeby przywrócić, choćby na określony czas, kontrolę na naszej granicy. Takie możliwości przewidują zapisy Układu z Schengen. Obecnie podobnie jest w pozostałych krajach UE. Pozostaje kontrola graniczna na lotniskach, ponieważ przybywają tu podróżni z różnych stron świata.

Źródło:
http://polska.mil.pl/straz_graniczna.html
http://www.cos.strazgraniczna.p


Sławno, dn. 20.05.2010 r.

hm. Stanisław Poprawski
Komisja Historyczna Hufca ZHP Sławno
 

Józef Piłsudski a harcerstwo

 
Przed kilkunastu dniami mięła siedemdziesiąta czwarta rocznica śmierci Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Jest to sposobna okazja do tego, aby przypomnieć tę postać na tle tamtych, skomplikowanych uwarunkowań politycznych i historycznych oraz Jego roli w odzyskaniu i obronie niepodległości Polski. Myślę, że warto będzie ukazać postać marszałka w kontekście harcerstwa, to jest tej organizacji, która dopiero co zaistniała w polskiej rzeczywistości, a już zdążyła zapisać się chwalebnie na kartach historii Polski.

Józef Piłsudski urodził się w 1867 r. w miejscowości Zułów p. Wilnem. Od najmłodszych lat wykazywał duże wyczulenie na sprawy wyzwolenia kraju spod tyranii zaborców. W związku z tym cała jego działalność w tym okresie była podporządkowana tej idei. Sądził – zresztą jak wielu w tym okresie – że wystarczy zgładzić cara, sprawcę wszelkiego zła, a już przez to samo Polska odzyska wolność. Ten utopijny pogląd zaprowadził go na ławę oskarżonych, gdyż w trakcie przygotowań do zamachu zostaje aresztowany i w roku 1888 zesłany na Sybir. Po powrocie z zesłania w roku 1892 wstępuje do Polskiej Partii Socjalistycznej, pełniąc w niej szereg odpowiedzialnych stanowisk. W roku 1907 staje na czele organizacji bojowej partii. W łonie tej partii dał się też poznać jako przeciwnik wszelkich wspólnych walk polskiego i rosyjskiego proletariatu, gdyż nie upatrywał w tym żadnych korzyści dla sprawy polskiej. W tej sytuacji postanowił skoncentrować swoją działalność na budowaniu podstaw przyszłej armii polskiej. W pierwszym rzędzie zajął się zorganizowaniem organizacji wojskowo – niepodległościowej stając na jej czele. Po wybuchu pierwszej wojny światowej, utworzył Polską Organizację Wojskową w Królestwie Polskim. Organizację tę przekształca następnie w Legiony.

Sprawa odzyskania niepodległości, jako główny cel, nie budziła wśród działaczy politycznych żadnych wątpliwości, bowiem dla wszystkich było oczywiste, że należy wszystkie działania podporządkować tej jednej sprawie. Natomiast wśród polityków różne były wizje dochodzenia do tego celu. Koncepcja Piłsudskiego w tym okresie nie znajdowała uznania w ich gronie, gdyż zakładała skierowanie działań POW przeciw Niemcom. Za podejmowane akcje bojowe przeciw Niemcom zostaje przez nich w roku 1917 uwięziony i osadzony w twierdzy magdeburskiej, z której wychodzi dopiero w listopadzie 1918 roku. Po powrocie do kraju mianowany zostaje Naczelnikiem Państwa i Marszałkiem Polski. Największym osiągnięciem Józefa Piłsudskiego było odniesienie walnego zwycięstwa w wojnie polsko – bolszewickiej w 1920 r. Zwycięstwo to przyniosło jemu nieprzemijającą sławę wśród rodaków i uznanie strategów wojskowych całego świata zachodniego.

Na przestrzeni lat 1920 – 1935 nie ma wiele osobistych odniesień marszałka Józefa Piłsudskiego do harcerstwa w postaci apeli czy odezw, lecz w całokształtu jego działalności wynika niezbicie, że sprawą harcerstwa żywotnie się interesował, prezentując przy tym podobny sposób rozumowania o młodzieży jak naczelny skaut świata Robert Baden – Powell. Obaj generałowie byli jednomyślni w kwestii powierzania młodzieży odpowiedzialnych zadań i funkcji, twierdząc; że jest możliwe zlecania jej odpowiedzialnych zadań.

Znany jest w kręgach „Pograniczników” apel Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego do młodzieży harcerskiej, aby stanęła w obronie zagrożonej nawałą bolszewicką Polski. Apel ten potwierdzony został w dniu 6 lipca 1920 rozkazem Ministerstwa Spraw Wojskowych. Na jego zew Główna Kwatera Związku Harcerstwa Polskiego już w dniu 17 lipca ogłasza powszechną mobilizację do obrony kraju. Młodzież starszoharcerska (powyżej siedemnastego roku życia z kat. zdrowia A), podejmuje apel Józefa Piłsudskiego i licznie wstępuje w szeregi obrońców Ojczyzny. Natomiast ta część harcerzy, która odpowiedziała na apel (z kat. B i C) skierowana zostaje do batalionów wartowniczych do strzeżenia granic zachodnich Polski. Józef Piłsudski doceniając wkład harcerzy w dzieło obrony Ojczyzny przyjmuje godność przewodniczącego Rady Przyjaciół Harcerzy, którą piastuje przez szereg lat.

Po 1945 roku, przez dziesiątki lat czyniono wiele w Polsce, aby pamięć o marszałku w narodzie wygasła, aby utonęła w odmętach zapomnienia. A jeśli już decydowano się w kręgach władzy na zacytowanie tego nazwiska, to zawsze w złym kontekście, mającym je zniesławić. Dopiero po 1980 roku, dzięki zmianom ustrojowym, została przywrócona pamięć o tym wielkim człowieku. To charyzma Piłsudskiego jako wodza, stratega i przywódcy narodu sprawiły, że po latach niebytu stał się znów dla nas wielką postacią.